Płeć
Urodzony (-a)
03.12.1985Mieszkam w
WarszawaKierunek studiów
Socjologia / Nauki społeczneUczelnia
Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania w WarszawieCoś ode mnie
Nie umiem znaleźć dystansu.. Nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem..Posty na blogu
"Dzieci" Hitlera, czyli życie z piętnem na duszy.
6 dni temuCzy można brać odpowiedzialność za jedne z najokrutniejszych zbrodni popełnionych przez ludzi innym ludziom, nawet nie biorąc w nich udziału? Czy okrucieństwo jednostki umiera razem z nią, czy może będzie żyć dalej, w jej potomkach? Czy człowiek jest okrutny z natury i od urodzenia, czy może staje się później maszyną do zabijania?
Kilka dni temu wpadł mi w ręce artykuł, który głęboko mną wstrząsnął. Z jednej strony temat mimo tylu lat od zakończenia wojny nadal jest żywy, a z drugiej: skoro tyle lat minęło od tych wszystkich zbrodni, może lepiej zapomnieć? Czy czas może zaleczyć rany?
Na przykładzie większości historii przedstawionych w tym artykule widać, że czas nie leczy wszystkich ran. Niektóre sprawy nie dają spokoju i prawdopodobnie nigdy nie dadzą.
Bohaterowie sami siebie stygmatyzują, obwiniają o rzeczy, które nie były przecież ich winą. A jednak biorą ją na siebie. Ba, nawet poddają się kastracji, aby nie wydać na świat kolejnego potwora.
Pozwólcie że odniosę się do tego. Mogę sobie tylko wyobrażać ich cierpienie, poczucie winy i alienacji. Natomiast przeraża mnie ich dosłowne podejście do sprawy kastracji. Chociaż chyba nikt z nas nie chciałby, aby te wszystkie okrucieństwa i tragedie miały miejsce po raz kolejny (pomijam głupotę wojny w Iraku, ponieważ to temat na oddzielnego posta, może nawet kilka), to gen potwora nie jest przecież przekazywany w krwi. Każdy z nas go ma. Wiem, że pewnie nie wszystkim się spodoba taka teoria. Ciężko uświadomić sobie, że można mieć w sobie coś złego, a co dopiero potwora. Na poparcie moich słów proponuję zapoznać się z eksperymentem, który najdokładniej ukazywał to, do jakiego okrucieństwa zdolny jest człowiek i jak dana sytuacja jest w stanie go zmienić (taka zmiana nazywana jest "Efektem Lucyfera"). Chodzi dokładnie o Eksperyment Więzienny prowadzony pod dowództwem Philipa Zimbardo w roku 1971. O tym co się tam działo możecie przeczytać tu.
Skoro każdy z nas ma ten "zły gen", to w takim razie tylko od nas zależy czy pozwolimy się mu rozwijać, czy też może będziemy starać się być jak najlepszymi ludźmi.
Wracając do tematu. Dramat tych wszystkich ludzi, którzy niczemu nie zawini, a jednak czują się winni pewnie nigdy nie zostanie zakończony i zażegnany na zawsze i bezpowrotnie. Natomiast jestem strasznie ciekawa tego dokumentu, o którym pisano.
Uważam być może taka konfrontacja i rozmowa z osobami, które znają to piekło chociaż również nie brali w nim udziału chociaż trochę zaleczy rany w ich duszach. Być może taki dialog pokaże im nieco inna stronę medalu i pozwoli spojrzeć na sprawę chociaż odrobinę inaczej. Być może będą mogli chociaż na chwilę zapomnieć o tym co ich dręczy i zaznać odrobiny spokoju. Być może..
Ponadto sądzę, że właśnie takie filmy powinny być obowiązkowe w liceach. I na to powinny być organizowane wycieczki szkolne. Powinno mówić się więcej o tym co się działo, opowiadać historie ludzi, którzy żyli i umierali w czasie Wojny. Nie suche fakty, kto kiedy podbił kogo. Przedstawiać prawdziwe historie, ukazywać cierpienie i rozpacz, ale i heroiczną walkę tych, którzy nie dali się złamać. Mówić, tłumaczyć i przypominać. Ponieważ tylko wtedy nie zapomnimy. I będziemy mogli starać się nie dopuścić do tego, co już raz miało miejsce.
Mam nadzieję, że mój tekst skłoni Was do refleksji.
Zapraszam do dyskusji.
zdjęcie tytułowe: internet Przeczytano 107 razy | 9 Komentarze
Zatrudnianie więźniów jest nieludzkie!
6 dni temuDo napisania tego postu skłonił mnie artykuł o tym samym tytule. Znajdziecie go tu.
Zanim znów zacznie się krzyk jaki to kot jest anty kościelny, pragnę wyjaśnić co następuje: moje zdanie było by dokładnie takie samo, niezależnie czy tak bzdurną według mnie opinię wyraził by polityk, sportowiec, aktorka czy j/w ksiądz.
O co chodzi? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A w tym wypadku oszczędności. A skąd one mają się wziąć, jeśli nie z kątowni? Ano do prac miejskich, a w tym wypadku odśnieżania zatrudnieni zostali w Ustce skazani.
I pan proboszcz bardzo się w związku z tym oburzył. Jako argument wysunął stwierdzenie, iż więźniowie wykorzystywani byli w obozach koncentracyjnych do prac na rzecz oprawców. I że zmuszanie ich do roboty jest nieludzkie. Bo przecież i tak los ich pokarał siedzeniem w pierdlu. Cry me a river.
Cóż, kompletnie nie zgadzam się z zarzutami księdza. Moim zdaniem tych co są w stanie pracować i mają do odsiedzenia "łagodne" wyroki, bądź wyroki za alimenty czy malwersacje powinno się wysyłać do pracy. Utrzymanie więźnia też kosztuje i to nie mało. Powinni dokładać się do swego wiktu i opierunku. Oczywiście, część wynagrodzenia (która bodajże wynosi pół najniższej krajowej na miesiąc) powinna iść dla nich. Tak aby po wyjściu na wolność mieli jakieś, chociażby niewielkie pieniądze i mogli zacząć od początku życie. W przypadku malwersantów i alimenciarzy na spłaty długów. Mam świadomość, że z tych groszowych sum milionowych długów nie spłacą, ale przynajmniej będą mieli większą świadomość konsekwencji swoich czynów.
Całkowicie przekonują mnie argumenty Usteckiego radnego w sprawie zatrudniania przez nich więźniów. Co więcej moim zdaniem powinno się robić to jak najczęściej.
Dlaczego?
Ano dlatego, że przynosi to chyba same korzyści. Więźniowie mają zajęcie, mogą zarobić jakieś tam pieniądze. Dodatkowo tacy pracownicy są bardzo wygodni dla pracodawcy. Wiadomo, że utrzymanie normalnego pracownika to ogromne koszta- pensja, zusy, srusy i inne. Natomiast w przypadku zatrudnienia więźnia te wydatki znacznie maleją. Co było by ogromną oszczędnością, szczególnie dla służb miejskich etc.
Poza tym w moim mniemaniu więźniowie powinni pracować chociażby z tej prostej przyczyny: uważam, że praca mogła by być dobrą formą rehabilitacji wobec społeczeństwa. Do tego skazani mieli by jakiś fach w rękach, doświadczenie w pracy, co na pewno zaprocentowało by łatwiejszym znalezieniem pracy (za normalną stawkę) po wyjściu na wolność. Nie czarujmy się, w więzieniach nie siedzą sami doktorzy habilitowani, a często ludzie zupełnie bez wykształcenia. I jakie mają perspektywy na znalezienie roboty po odsiedzeniu wyroku? Właściwie żadne.
Słowa księdza porównującego pracę więźniów do pracy w obozach uważam za absolutnie oburzające. Owszem, warunki w więzieniu nie są jak w Victorii, ale z drugiej strony: gdyby więźniowie dokładali się chociaż częściowo do utrzymania, to może pieniądze na remonty by się szybciej znalazły? A poza tym czy do więzienia idzie się w nagrodę czy za karę?
Zaznaczam również, że pomimo bycia na tak w kwestii zatrudnienia skazanych, nie wypuściła bym wszystkich na hadża z więzienia. Seryjni czy dożywotni powinni siedzieć i zasuwać co najwyżej przy więziennym warzywniaku. Ale dlaczego taki alimenciarz albo inny "drobny" złodziej nie mieli by popracować kilku godzin dziennie?
Na koniec chciała bym zaprosić Was do dyskusji. Co sądzicie o zatrudnianiu skazanych? Czy uważacie to za dobry pomysł?
zdjęcie tytułowe: internet
Na kolana, psie!
12 dni temuDo napisania tego posta skłonił mnie ten artykuł.
Przyznam szczerze: dla mnie to powinna być afera i to sporego kalibru. A jeśli jeszcze nie została rozkręcona dokładnie, to mam nadzieję, że tak się szybko stanie. Uważam tę reklamę za bardzo oburzającą i kompletnie nie przekonują mnie słowa twórców, że to tylko zabawa. Takiej bzdury nie słyszałam od.. Hmm.. Kiedy jacyś politycy ostatnio lecieli w telewizorni?
Dlaczego czuję się tak bardzo oburzona? Ano ponieważ nie identyfikuję się z całym tym jeżdżeniem po policji czy straży miejskiej jak po łysej kobyle. Kompletnie nie rozumiem tego całego "JP100%".
Ale może zanurzmy się nieco głębiej w temat. O co chodzi z tą całą nienawiścią do szeroko rozumianych stróżów prawa? Czy chodzi może o to, że ktoś został na czymś złapany i musiał ponieść konsekwencje? Czy może chodzi o jakieś niesłuszne oskarżenia? A może o coś jeszcze innego? Jak sądzicie?Odnoszę wrażenie, iż ostatnimi czasy ta cała nienawiść zaczyna rosnąć w siłę. Kilka dni temu został zadźgany nożem policjant, który zwrócił uwagę dwóm gnojkom rzucającym śmietnikiem w tramwaj. I co się zaczyna dziać? Kolesie morderców planują zrzutkę na prawnika, bo choć sami wiedzą, że kolesie się nie wybronią, ale może zmieni się kwalifikacja czynów. Pojawiły się też głosy poparcia dla morderców. Wybaczcie, ale dla mnie to jest czyste *tu wstaw odpowiedni epitet*.
Co ciekawe, smutne i przerażające zarazem coraz więcej słyszy się o nastolatkach, którzy mordują, napadają, gwałcą. Do tego ta eskalacja nienawiści.. A może te dwa problemy łączą się? Jak dla mnie - ewidentnie.
Nie będę się tutaj rozwodzić nad samą w sobie agresją u nastolatków i młodzieży, bo to temat na osobnego posta. Natomiast ciekawi mnie ten problem i Wasze opinie na temat tego, dlaczego tak się dzieje, że policjant jest uważany za najgorszego idiotę, gamonia i wroga? Oczywiście, rozumiem, że zawsze się trafi jakaś gnida- ale tak jest wszędzie. Tylko panie z mięsnego nie są opluwane na każdym rogu (chociaż kiedyś były) - chyba, ale to policjantom dostaje się najbardziej. Przynajmniej w moim mniemaniu.
Zapraszam do dyskusji.
zdjęcie tytułowe: internet
Zróbmy sobie komisję śledczą!
13 dni temuZ coraz większym niepokojem i przerażeniem czytam i słucham informacji na temat komisji śledczych.
Było ich już tak wiele, że sama nie wiem co jest aktualne, a co nie. Afera goni aferę, a posłowie z niestrudzonym zapałem ( i coraz pełniejszymi portfelami) żądają powoływania nowych komisji śledczych.
Co ciekawe, komisje śledcze są dość nowym wynalazkiem. Ustanowiono je dopiero w roku 1999. I dziwnym trafem jakoś wcześniej państwo egzystowało bez nich. Hmm..
Ponadto komisja śledcza ma nadane uprawnienia prokuratorskie. Hmm.. Czyli, że niby mamy 2 prokuratury?
Obserwując kolejne przepychanki przy korycie, kolejne wrzaski i fochy na poziomie bezstresowo wychowywanego pięciolatka zastanawiam się czy to nasz naród jest głupi, czy też może robią z nas idiotów? Oczywistą oczywistością jest to, że czarne jest czarne a białe jest białe mówiąc językiem parlamentarnym (dosłownie), ale zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego. Wiem, wiem, Kazik Staszewski udowadniał już jakiś czas temu, że nie ma sensu kupować kredensu. Tylko, że tak zdrowy chłopski rozum..
Mamy prokuraturę?
No mamy.
Mamy sądy, sędziów i tak dalej?
No mamy..
To po jaką cholerę nam to wszystko?!
Jak nie wiadomo o co chodzi, to zapewne chodzi o pieniądze. I oczywiście posłowie na komisjach śledczych zarabiają. Jak mniemam całkiem niezłe sumki. Bo gdyby to była praca charytatywna, to czy było by tylu chętnych do roboty? Przypuszczam, że wątpię.
Pomijam oczywiste minusy tej zabawy, takie jak: przeżeranie kasy, fundowanie sobie celiny (cellulitu) na dupskach od siedzenia na tych stołkach, zabieranie czasu antenowego i irytowanie wszystkich. Czy psim obowiązkiem pana posła, tudzież pani posłanki nie jest fundowanie sobie celiny gdzie indziej? Mam na myśli salę obrad (wiecie, taka fajna. Duża, ma zielone siedzonka i sporo boazerii). Czy całe to radosne towarzystwo do spraw przewalania kasy podatników nie powinno zająć się tym, za co płaci im się ciężkie pieniądze? Czy stać nas na utrzymywanie tego wszystkiego? A może od razu zlikwidujmy w cholerę instytucję prokuratury? Bo po co utrzymywać tych darmozjadów prokuratorów, skoro Pierdolnik na Wiejskiej (mówiąc językiem damy) tak fantastycznie sobie radzi? Urządźmy ekstra płatne obrady nocne i puśćmy to w mediach publicznych jako program rozrywkowy pt "Wiejska by night. Całkowicie bez cenzury oraz skarpetek ze ściągaczami!". A może pójdźmy dalej? Dajmy posłom własny kanał telewizoryjny! Tak, aby mogli wdzięczyć się cała dobę.

Zastanawiam się w jakim kierunku to zmierza.. Jaka będzie następna komisja śledcza? D/s dłubania w nosie? Noszenia zielonych skarpetek tylko we wtorki? Czy noszenia stringów w panterkę na lewą stronę? Jak długo (p)osły będą się dalej chciały bawić w tej kuwecie, której większość z nas chyba już kompletnie nie ogarnia?
Oczywiście post oraz moje zdanie na ten temat jest całkowicie subiektywne, dlatego pragnę zapytać o to, co Wy o tym wszystkim sądzicie? Czy może istnieją jakieś plusy komisji śledczych? Albo jakie są Wasze typy następnych dochodzeń?
zdjęcia: internet Przeczytano 152 razy | 14 Komentarze
"Papryka, sex i rock'n'roll" czyli czy Węgry tylko leczem stoją?
20 dni temu"A było tak dobrze, póki się nie zjawił.." - tymi słowami zaczyna się trailer (poniekąd bardzo udany) filmu "Papryka, sex i rock'n'roll". A jak to stwierdzenie ma się do całego filmu?
Cóż, źle nie było, wybitnie lepiej (po fakcie) też nie jest.
Oto mamy powracającego z Hameryki Mikiego. Jest kolorowy (wręcz oczoje.. no, bardzo kolorowy). Posiada zapaliczkę z Elvisem, flachę Daniel'sa i koszulę w palemki. Do tego portki z cekinami, czerwone buciki i 5kg brylantyny na swej fali Dunaju (mniej więcej tak wygląda jego fryz). Ma świetny akcent i okulary z ciemnymi szkiełkami. Drogie Panie! Nie mdlejcie!
Miki jest luźny niczym 3 dawki pavulonu i posiada szałową kolekcję winyli. Za to matka natura zapomniała mu przydzielić odrobiny instynktu samozachowawczego. Ale nic to!
Oto nasz biedny bohater musi wrócić z kolorowej i modnej Piątej Alei do szarej, burej i ponurej rzeczywistości Budapesztu lat sześćdziesiątych. Nie ma już bekonu, jest boczek (którego w zasadzie też nie ma), wolność i swoboda padła niczym szał na disco z pola, a wkoło panują same nakazy i zakazy.
Ale Miki jest dzielny (i zmanierowany). Nie poddaje się. W końcu nastały czasy rock'n'rolla. Chociaż jego piosenki o ważeniu soli powodują zadzieranie kiecek u dziewczyn, palpitację serca u okolicznych stróżów prawa i dezaprobatę rodziców, Miki nie da sobie w brylantynę dmuchać! Nie dość, że dostaje wilczy bilet na basen, to jeszcze wlepiają mu nakaz udziału w okolicznym konkursie talentów w raz z zespołem rodem z imperium gamoni. Ale czym to jest w porównaniu z jego boskim krawacikiem dzierganym na szydełku i porteczkami w kancik?
Czy nasz manieryczny Miki sobie poradzi i nie straci wszystkich zębów? Czy ta co trzeba też zadrze kieckę? Tego niestety, Wam nie zdradzę.
Czy warto obejrzeć ten film?
Nie wiem czy warto. Owszem, można ale nie koniecznie trzeba. Chociaż ogląda się go całkiem nieźle, jest wiele sympatycznych wątków, dziki bounce nie razi, seks i majty nie oślepiają ilością, to jednak czegoś w tym filmie brakuje..
Jednakowoż te braki starają się być nadrobione wieloma informacjami. Zaliczyć do nich możemy: panowie w wieku średnim na noc zakładają na głowy jakiś dziwny wynalazek wyglądający jak kawałek kabaretek, panie śpią tylko i wyłącznie w seksownych haleczkach i potrafią przechodzić przez zasunięte rolety (spooky). Do tego jeśli gasić fortepian, to tylko moczem (dopiero po skończonym wyciu serenady do cudzego okna), a najlepiej gra się na.. gałęzi i szufli o bardzo dziwnej konstrukcji (podejrzewam, że im dziwniejsza konstrukcja, tym się lepiej gra), ostry seks oznacza piłę i kombinerki (nie pytajcie..), a pierścionki i perły najlepiej przemycać we włosach.
Czy jeszcze wrócę do tego filmu? Nie sądzę. Owszem, jest pozytywny, lekki, łatwy i przyjemny, ale nie aż tak ujmujący aby odpalać go częściej niż raz na bardzo długi czas.
Zdecydowanie wolę leczo..
Oto nasz boski Miki

Johnny Bravo, to przy nim przeciętniak!
A tu trailer:
zdjęcia: internet
Przeczytano 106 razy | 5 Komentarze
"Doskonałe popołudnie" doskonałym filmem na popołudnie
20 dni temuZ racji kłopotów z transferem zaczęłam przekopywać się przez moją skromną kolekcję DVD. I tym sposobem wpadł mi w moje kocie łapy film "Doskonałe popołudnie". Musiał swoje odleżeć i jak widać przyszła na niego pora.
Film opowiada o kilkudniowych perypetiach i przygotowaniach do ślubu pary narzeczonych: Ani i Mikołaja. Do tego mamy ich przyjaciela i wspólnika Krzyśka (wraz z córką Julką), pana kamerzystę (o nim później), oraz obustronnych przyszłych teściów.
Wszyscy mają inne nadzieje związane ze ślubem.
Ania i Mikołaj liczą na kasę od jej rodziców, aby rozkręcić swoje wydawnictwo Chaos kontrolowany, które do tej pory wydało tylko jedną książkę - "100 tysięcy jednakowych miast" Leszka Żukowskiego, która rozeszła się w 500 egzemplarzach. A maszynopisy, które dostają nadają się tylko i wyłącznie na podpałkę. Do tego pewien upierdliwy maturzysta ciągle wydzwania, czy przeczytali już jego wypociny. Nie, nie przeczytali. Turlaj się koleś!
Rodzice Mikołaja, którzy nie rozmawiali ze sobą przez 12 lat nagle okazują się być w pewien sposób skazani na siebie. Z kolei rodzice Ani wierzą w kiełbasę i że nowa Skoda to jest to, czego młodzi potrzebują. No, poza pracą w masarni. Bo co oni po tej polonistyce.. Za pół darmo cudze dzieci uczą..
Krzysiek liczy na to, że kasa na wydawnictwo się jakoś znajdzie (czytaj wyłożą ją rodzice Ani). Inaczej będzie emigrował po raz 11.
Pan kamerzysta sam się wkopał i musi przystroić dom państwa młodych, oraz zrobić najlepsze video ślubne w historii..
Wszystko fajnie, ale o co jest takiego doskonałego w "Doskonałym popołudniu"?
Moim zdaniem w sposób doskonały został opisany i konflikt pokoleń i stan naszej gospodarki, oraz realia w jakich przyszło nam żyć.
Jeden z bohaterów twierdzi, że Polska to kraj, w którym już lepiej nie będzie, że trzeba uciekać. Skoro w 40 milionowym kraju sprzedaje się 500 egzemplarzy książki, a ludzie pracują za 600 złotych, to jedyne co można zrobić dla siebie to zwiać. I zwiewał. 10 razy. Ale w końcu pada pytanie: To dlaczego za każdym razem wracałeś?
Kolejny bohater twierdzi, że tu się urodził i tu chce umrzeć. Że nie po to nasi rodzice walczyli o nową Polskę, aby teraz usiąść i płakać.
W tej produkcji wątki patriotyzmu i obecnych realiów pojawiają się w bardzo wielu momentach. Raz jest śmieszno, raz bardzo, bardzo gorzko. Chociaż nie razi to w oczy, ani nie wydaje się być wciskane na siłę. Akcja osadzona jest w pokazanych w bardzo ponury sposób Gliwicach, co doskonale łączy się z treścią. Film był reklamowany jako obyczajowy i komedia w jednym. Ja bym obstawiała jednak obyczajowy, może z lekkim zabarwieniem dramatycznym.
W kwestii gry aktorskiej nie ma się do czego przyczepić. Jest wspaniały jak zwykle Jerzy Stuhr. Ale na większą uwagę zasługują młodzi aktorzy grający w tym filmie - w szczególności Krzysztof Czeczot (brawa za świetną rolę!) i Piotr Rogucki ( w roli kamerzysty). Odegrane przez nich postacie są ciekawe i naturalne - nie zachowują się jak (płaska) zupa w jednej z reklam.
Dlaczego warto sięgnąć po ten film?
Przede wszystkim dlatego, że warto na chwilę się zatrzymać i zastanowić nad sobą, nad światem, nad tym krajem. Pomyśleć nad stanem czytelnictwa, czy który supermarket płaci więcej pracownikom (o ironio..).

Na pewno warto też zobaczyć go dla Roguckiego. Zazwyczaj kojarzymy go jako charyzmatycznego wokalistę i lidera Comy, a tu pojawia się zupełnie inny aspekt jego kariery czy szeroko rozumianej pracy scenicznej (wszak Rogucki aktorem dyplomowanym jest).
Zdecydowanie jest to jeden z lepszych filmów, które spłodziła rodzima kinematografia przez ostatnie kilka lat i nawet udział TVP w produkcji nie dał rady spaprać sprawy.
Obejrzenie tego filmu będzie zdecydowanie dobrze zainwestowanym czasem.
zdjęcia: internet Przeczytano 172 razy | 24 Komentarze
Czyżby Ciemnogród szlag trafiał?
24 dni temuZaczynają dziać się rzeczy dziwne i nieprawdopodobne, a jednak długo oczekiwane w tym kraju. Co mianowicie? Ciemnogród i głupota powoli odchodzą w zapomnienie niczym PGR i czerwony goździk na 8 marca. Wiem, że brzmi to zbyt pięknie aby było prawdziwie, ale jednak! Dzieje się!
Jakiś czas temu gazety i portale ogłosiły szumnie "koniec dyktatury kościelnej". Brzmi wspaniale, ale dlaczego? Otóż Pani Alicja Tysiąc wygrała w Strasburgu z "Gościem Niedzielnym". O co poszło? O nazwanie Pani Tysiąc (pisząc ogólnikowo) morderczynią i zbrodniarką.
Osoba, której odmówiono prawa do aborcji, mimo że istniały ku temu przesłanki zdrowotne - tak więc mieszczące się w ustawie jest przedstawiana jako zło najczystsze i niemechate. Próbując dociec swoich praw i później odszkodowania pani ta została opluta przez przedstawicieli kościoła katolickiego. Nie twierdzę, że przez cały kościół, bo nie było by to zgodne z prawdą. Ale niestety, po raz kolejny pokazano zasadę miłości bliźniego i rozumienia. Cały czas zastanawiam się jak religia przedstawiająca w swych założeniach miłość, akceptację i wybaczenie może być tak wypaczana..? Dlaczego wiara w tej chwili przypomina bardziej walkę w klatce a nie coś osobistego, prywatnego? Dlaczego kościół wtrynia swój haczykowaty nos we wszystko co możliwe? Absolutnie się nie zgadzam z głosami, że kościół ma prawo to robić. Bo skoro ma prawo, to przy okazji nie ma prawa mieć pretensji, że inni robią to samo w stosunku do niego.
Ale odbiegłam nieco od tematu. W każdym razie, Pani Tysiąc ma dostać odszkodowanie i przeprosiny. Moim zdaniem, jest to bardzo dobry wynik walki sądowej. Szkoda tylko, że nasze ojczyźniane sądy nie potrafiły wydać takiego wyroku.
Ciesz się też z tego, iż w końcu pokazano, że nie można opluwać człowieka, za podjętą decyzję, która jest zgodna z prawem i zapewne własnym sumieniem. Bo jednak z wychowaniem dziecka będąc na rencie ta pani zostaje sama i jakoś musi sobie z tym wszystkim poradzić.
Kolejny przykład na zanikanie Ciemnogrodu: niedawno sąd wydał wyrok na panią, która nazywała swojego sąsiada notorycznie "pedałem", oraz zwrotem "pedał sobie pedała sprowadził". Również ten wyrok bardzo mnie cieszy, ponieważ podobnie jak w przypadku pani Tysiąc pokazano, że pewne granice obowiązują i należy ich przestrzegać czy komuś się to podoba czy nie. Nie do końca zgadzam się z wyrokiem *suma odszkodowania*, ale rozumiem jego uzasadnienie. Może następnym razem ktoś się mocno dziabnie w jęzor zanim zacznie nim chlapać bzdury. Bo mimo tego, że zawartość garów sąsiada zawsze jest ciekawsza od naszej własnej, to może jednak nie powinno się jej komentować? Ostatecznie nikt niczyim materacem nie jest.
Ostatnim znakiem ucieczki Ciemnogrodu jest wyrok w sprawie seksafery.
Chociaż jak dowodził pan Lepper, wybitny mąż stanu, Poseł na Sejm, a nawet jego wicemarszałek (sic!) prostytutki zgwałcić się nie da, okazało się, że jednak pan Lepper ma sporo za pazurami. Na spółkę z panem Łyżwińskim. Niedawno dostali po wyroku- dowódca zarobił 2lata i 3 miesiące, a jego dzielny druh 5 lat bezwzględnego wyroku.
Zapewne każdy z Was mniej lub bardziej orientuje się o co tam chodziło, więc nie będę rozwodzić się nad treścią i przebiegiem afery.
Być może wyrok jest surowy (dura lex, sed lex), ale to bardzo dobrze. Dlaczego? Bo pokazuje, że nie można nadużywać swojej władzy, pozycji i robić komuś krzywdę według własnego widzimisię.
To, że ktoś ma coś z rycerza- czyli zakuty łeb, nie obliguje go do rumakowania świńskim truchtem przez zasady moralne.
Szczerze podziwiam wszystkie osoby, które miały w sobie tyle siły i odwagi, aby walczyć o swoje prawa i dobre imię.
Jak wiadomo, walka o swoje w tym kraju przypomina raczej wojnę o brokat w szkolnym kiblu podczas gimnazjalnej potańcówki, niż coś co jest oczywiste i normalne, oraz zgodne z obowiązującym prawem. Dlatego powiedzenie głośno "Nie! Nie dam się zrównać z ziemią!" jest nadal sporym wyczynem a nie (jak to ktoś prawie mądrze powiedział) oczywistą oczywistością.
Niemniej jednak te wyroki pokazały, że można, że trzeba i że warto, a prawo jest po stronie pokrzywdzonego a nie jego oprawcy.
Mam niestety świadomość, że jeden pidżon końca Ciemnogrodu nie czyni, ale jest światełko w tunelu. I chyba czasem warto nie słuchać się Osła twierdzącego, coby nie iść w stronę światła.
zdjęcie tytułowe: internet
Nie bądź wiśnia, odstąp procenta
27 dni temuJakiś czas temu ktoś z Was pytał czy znamy może jakąś fundację, na którą warto przekazać jeden procent swojego podatku. Dlatego zostałam poproszona o napisanie tego posta. Być może ktoś z Was będzie zainteresowany wkurzeniem pani biurwy i kazaniem jej wpisywać dodatkowe numerki i robić kolejne przelewy:P
Z racji tego, że możemy zrobić politykom i całemu światu na złość zachęcam Was do przekazywania tych pieniążków. Wiadomo, że suma nie jest duża - ale przy leczeniu każdy grosz się liczy.
Zostałam poproszona o puszczenie w Świat informacji na temat Pani Małgorzaty, która jest chora na białaczkę już od kilku lat. Walczy dzielnie, ale niestety nie samą walką da się człowieka uleczyć. Jak wiadomo, nasz NFZ jest równie chory co pacjenci dlatego niestety na rehabilitacje i leki trzeba zbierać fundusze znacznej części samodzielnie i prosić o wsparcie Ludzi Dobrej Woli. I właśnie tak jest w przypadku Pani Małgosi.
Więc jeśli nie wiesz na kogo przekazać swój 1%, o zachęcam do przekazania ich właśnie na Panią Małgosię oraz wspierającą ją fundację "Przeciwko Leukemii" im. Agaty Mróz - Olszewskiej.
Nie jest to tzw "firma krzak", wiec możecie być spokojni o to, że pieniądze dotrą tam gdzie potrzeba i nie zostaną zdefraudowane.
Jak pomóc?
Są dwa sposoby. Jeden to właśnie wpisanie w PITa numeru KRS Fundacji ( KRS 0000151978), bądź przelanie pieniążków bezpośrednio na konto:
PEKAO S.A. VII Oddz. W Warszawie
nr rach. 47 1240 1109 1111 0000 0516 5182
z dopiskiem: "pomoc dla Małgorzaty Małachowskiej".
Oczywiście, nikt nikogo do niczego nie zmusza, po prostu podaję informację na tak zwane w razie wu, może ktoś będzie miał wolnego procenta?
Przy okazji zachęcam do dyskusji: co myślicie o przekazywaniu tego 1%? Czy według Was powinna być ta suma zwiększona, zmniejszona? A może w ogóle nie ma sensu pozbywać się tych paru groszy? Czy też może oddawanie 1% powinno być obowiązkowe?
Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
zdjęcie tytułowe: internet
Przeleceni - II Sympozjum Naukowe Kółka Perwersyjnych Cz.
1 miesięcy temuPo sukcesie jaki miał miejsce w postaci I Sympozjum postanowiłam zamieścić program drugiego.
Jak poprzednio udział jest przymusowy i konieczny niczym matura z matematyki. Drogie panie i panowie, proszę się uzbroić w cierpliwość - najlepiej w wysokich procentach oraz parę ciepłych gaci! Reformy się nie liczą, bo jak wiemy z poprzedniego zjazdu były niezłym fetyszem dla wszystkich!
A więc! Co należy zabrać:
- Dużo Żołądkowej Gorzkiej wraz z akcesoriami
- Futro ze sztucznych norek
- Spódnice-łapówki dla Bright
- Drewnianą chochlę
- Różowy kombinezon i rękawiczki z futerkiem
Jednocześnie pragnę poinformować, że tym razem ZABRANIA SIĘ zabierania kajdanek z futerkiem, ze względu na warunki pogodowe! W zastępstwie proszę zabrać chochle! Kto nie posłucha, ten będzie latał w samych gaciach po śniegu za karę!
Plan zlotu:
piątek: rozmieszczenie w pokoju i.. JT już wie co zrobić dalej:D
Sobota:
Gdy tylko wszyscy wstaną odbędzie się rozrywający wykład naszego gościa - prof dr przehab. Granat przedstawi najnowsze metody warzenia zacnych leczniczych eliksirów
Po południu:
- "złośliwość a stan uzębienia. Czyli czy warto być potulną dziewicą" - koneser i znawca tematu złośliwości - be-easy
Kolacja - w menu mamy przewidziane eliksiry uwarzone podczas wcześniejszych zajęć.
Wieczór:
- JT i jej wykład o możliwościach użycia chochli w praktykach sadło masło
Niedziela:
- "666 metod wcierania maści w obolały tyłek, oraz spowiedź spódnic Bright." Jakie mają sekrety? Dowiemy się podczas zajęć.
- Jak napisać posta i po co wszyscy krzyczą o podawaniu źródła, oraz czy źródło może wyschnąć - rozmowa w studio Ewy Drzyzgi.
- "Nic nie wygrywam w konkursach na students.pl i chyba pochlastam się twarogiem!" - zajęcia w ramach grupy wsparcia.
Wieczór: kolacja w postaci ŻG, która wszyscy mieli przywieźć!
- Czy klapsy są dobrą metodą na okiełznanie czarownicy? - Panel poprowadzą Retroo oraz Krysiek
- 800 epitetów na wpisy "muj koffany pamientniczQQQ" oraz czy epitet może zastąpić spleśniały pomidor - zajęcia praktyczne oraz dyskusję poprowadzi Żuk wraz z Fredziem
W czasie wolnym nastąpi też wykład prof Lotra o tym, czy biedronka i mucha podobnie jak wiewiórka i kot to też człowiek. Prosimy o zabranie lupy.
W programie mamy również lepienie bałwana i palenie stringów w ognisku - jak wiemy, dają one najwięcej ciepła.
Magrat Garlic zaprezentuje nam również najnowszą kolekcję pasiastych skarpetek, które są ostatnim krzykiem mody wśród wiedźm i czarownic. Artystka zdradziła mi również, że będą modele, nie tylko modelki! Przewidziany jest również tajemniczy pokaz zatytułowany "zimowa hańba kalesonów". O co chodzi? Dowiemy się już wkrótce!
Dalsze szczegóły zostaną ogłoszone niebawem! Stay tuned!
I na deser hymn naszego sympozjum:
zdjęcie tytułowe: internet Przeczytano 555 razy | 41 Komentarze
"Miasto kości"- recenzja
1 miesięcy temuNa fali popularności "Zmierzchu" wszystko co zawiera wampiry, wilkołaki, biedne i samotne nastolatki oczekujące na wielką miłość (aż im się będą kolana trząść) sprzedaje się niczym ciepłe bułeczki z najlepszej piekarni w mieście. "Miasto kości" zdecydowanie załapało się jednym rzutem na taśmę z tymi wszystkimi książkami, filmami, serialami i Bóg wie czym innym. Ale czy książka została by wydana bez mody to wszystko? Nie jestem o tym przekonana..
O "Zmierzchu", "Vampire Diaries", "Naznaczonych" i innych tego typu rzeczach większość z Was zapewne słyszała. "Miasto kości" było reklamowane w Polsce jako książka, która jest najpoważniejszą konkurencją nieszczęsnego "Twilight". Ba! Nawet na okładce zamieszczono tekst Stephanie Meyer, która twierdzi iż jest oczarowana głównym bohaterem. Miało to zapewne na celu podniesienie ilości sprzedanych egzemplarzy, ale czy było zgodne z prawdą? Tego raczej się nie dowiemy.
Wracając do meritum.
W "Mieście kości" dzieje się bardzo dużo dziwnych rzeczy, mamy wielu bohaterów, całkowicie odmienny świat - nachodzący na nasz świat realny, oraz spora ilość nazw własnych. Kompletne pomieszanie z poplątaniem. No i oczywiście (jak się później okazuje kazirodczy) wątek miłosny. Bez tego chyba żadna nastolatkowa książka nie da rady się sprzedać.
Mamy główną bohaterkę- Clary, która wygląda mniej więcej jak Pipi Pończoszanka, narzeka na swój brak biustu i jak dotąd wiodła całkiem pospolite, nastolatkowe życie. Aż do tej pory. Nagle w tą całą pryszczatą sielankę wkraczają demony, wampiry, stwory o nie do końca higieniczym i sympatycznym wyglądzie oraz działaniu, przystojny Jace oraz jego nie do końca wesoła kompania. Za to mamusię porwało licho (dosłownie i w przenośni), przyszywany wujek się wypina i biedna Clary nie wie o co chodzi.
Life's not always what it seems.
Po wielu morderczych sytuacjach, hektolitrach keczupu i odnajdywaniu swej prawdziwej tożsamości Clary powoli uczy się świata, który nagle rzucił jej się do kolan. Nie jest on ani prosty, ani przyjemny ani tak do końca romantyczny. Jej najlepszy przyjaciel zaczyna się buntować, piękny niczym budyń z soczkiem Jace też nie leży u jej stóp a matka zaginęła na dobre. Pojawia się i znika za to wróg publiczny numer jeden, który robi co może aby pozbyć się towarzystwa.
Mam ogromny problem z tą książką. Bo z jednej strony przy naprawdę ogromnej ilości wydarzeń, bohaterów, wątków i wszystkiego innego powinna być ciekawa i do czytania z wypiekami na twarzy. Z drugiej jednak strony to wszystko jest płaskie niczym klatka piersiowa Kate Moss i kompletnie nie wzbudza żadnych uczuć. Za to czyta się ją naprawdę w zastraszająco szybkim tempie. Nie potrafię tego wyjaśnić, bo to wszystko wydaje się być kompletnie przeciwstawne.
Oczywiście, na uwagę zasługuje świat w który wkracza Clary, jego opisy, niuanse i nawiązania do różnych religii. Gratuluję autorce wspaniałej znajomości topografii Nowego Jorku i okolic, oddania klimatu tego miasta. Ale swoją pisaniną raczej nie potrafi wzbudzić żadnych emocji, niewiele tak naprawdę ma do przekazania. Chociaż sam pomysł jest bardzo ciekawy.
Nie jestem też przekonana, czy autorka bez całego tego szału na Edwarda Cullena znalazła by wydawcę i osiągnęła takie wyniki sprzedaży.
Zdecydowanie nie jest to pozycja wyjątkowa, taka, do której się wraca. Raczej czyta się ją raz i odstawia na półkę ku wiecznemu zapomnieniu. Druga część książki jest już nieco lepsza, ale też nie rzuca na kolana.
Jeśli już ktoś pragnie przekonać się o jakości lektury to polecam wizytę w bibliotece, zdecydowanie szkoda 35 złotych na jednorazowe czytadło.
Na deser przedstawiam Wam okładki wersji Polskiej i Amerykańskiej. Która lepsza?
rodzima:

i hamerykańska:

Tytuł: Miasto kości
Autor: Cassandra Clare
Kraj/Rok: USA/2007
Wydawnictwo: MAG
zdjęcia: internet