Posty na blogu

PKP, czyli absurdów ciąg dalszy...

PKP, czyli absurdów ciąg dalszy...

16 dni temu

O absurdach dziejących się na kolei można napisać tomy. Gdyby ktoś pokusił się o zmajstrowanie serialu, to prawdopodobnie "Moda na sukces" miała by sporą konkurencję w ilości odcinków.
Czy PKP może nas JESZCZE czymś zaskoczyć?


Okazuje się, że tak. Zdziwieni? Chyba nie specjalnie. Czytając ostatnie perypetie dworcowe mojego przyjaciela i walkę o ogień...yyyy o kupno biletu, myślałam, iż poziom nonsensu został przekroczony. Co prawda, to ja mu wysłałam smsa z informacją o zamkniętych wyjściach z peronów, sama latając w kółko dworca jak kot z pęcherzem kilka dni wcześniej, ale myślałam, że na tym koniec atrakcji kolejowych.
Follow the sign jak mawiali panowie z Helloweena.
Cała hala dworca Warszawa Wschodnia została uroczo ogrodzona metalowym płotem i kierunek maratonu w celu dotarcia na perony wyznaczają tajemnicze strzałki. Szkoda, że nikt się nie pokusił o chociaż płachtę wymalowaną sprayem (nie wymagajmy takiego Wersalu jak tablica informacyjna) z informacją, iż na perony numer 6 i 7 można dotrzeć tylko za pomocą strzałek skierowanych w lewo. Tak, tak... runda honorowa dookoła dworca to akurat to, co koty lubią najbardziej. Cóż, jak widać ta zacna instytucja dba po prostu o kondycję obywateli.
Ściana płaczu i rozpaczy, czyli kasy.
No cóż, muszę złośliwie przyznać iż w końcu oficjalnie wszystko wygląda tak, jak działa. Kasy zostały umieszczone w kontenerach, na tyłach których majaczy jakiś wściekły TOITOI. Kupując bilet próbowaliśmy się z szanownym Tygysem dowiedzieć się od razu w kasie (tzn ja się darłam żeby to zrobił, a on grzecznie próbował to wykonać) z którego peronu odjeżdża klekotek zwany dumnie pociągiem. Nie muszę chyba dodawać, że trzeba było odstać swoje w kolejce do kontenerka z napisem "informacja". O ile prościej było by podać podróżnemu numer peronu i mieć święty spokój. Ale nie... Trzeba tej wrednej babie z informacji dowalić roboty (pewnie wypiła komuś kawę, nadgryzła kanapkę, albo popełniła inną straszną zbrodnię) i zostaliśmy wydelegowani do innego blaszaka w celu ustalenia peronu i kierunku strzałek, w którym trzeba będzie lecieć.
Pragnę nadmienić, iż o takiej banalnej sprawie jak tablica przyjazdów i odjazdów raczej nie ma co myśleć, wszystkie rozkłady są poprzewracane do góry nogami i pociągi zatrzymują się wszędzie tam, gdzie nikt ich się nie spodziewa. Na szczekaczki, zwane informacją mówioną też lepiej się nie nastawiać. Bo i tak nic nie słychać (no, poza licznymi bluzgami podróżnych i gruchaniem pinkolonych gołąbków).
Everybody sardynki, czyli jak PKP olewa standardy.
Nie raz, nie dwa i nie piętnaście natknęłam się w te wakacje na informacje, jak to PKP na najbardziej obleganych trasach potrafi wypuścić... 3 wagonowy skład. Kto ma miejsce stojące na baczność powinien klaskać uszami (o ile jest w stanie to zrobić) - w końcu wsiadł do brudnego, śmierdzącego i pełnego agresji metalowego pudełka, które dowiezie go...gdzieś i przede wszystkim kiedyś (bo na rozkład lepiej się nie oglądać).
Oczywiście, rzecznicy się później kajają, zapewniają o incydentalności takiej sytuacji i obiecują poprawę. A ja umiem latać.
Na zrobieniu podróżnego w konia zarabiają tylko koleje, na domiar złego są zupełnie bezkarne. Oczywiście, można ubiegać się o zwrot pieniędzy za bilet, czy za miejscówkę, ale bądźmy szczerzy: po podróży z piekła rodem niewiele osób ma jeszcze siłę kłócić się z uroczą panią kasjerką.
Ojro 12, czyli zróbmy sobie prowizorkę
Na jakieś półtora roku przed tym nieszczęsnym Ojro i świętem kopania napompowanego świńskiego pęcherza szanowne PKP zabrało się za remonty dworców. Przecież nie ma lepszego czasu na zamknięcie ich w cholerę jak wakacje! Niczym ZTM PKP chyba wychodzi z założenia, że w wakacje nikt nie korzysta z transportu publicznego i można ciąć, zmieniać i demolować. Jak wygląda Wschodni pisałam wyżej. Ale sporym zaskoczeniem dla mnie była wczorajsza wizyta na Centralnym, czyli mistrzostwie świata w prowizorce. Otóż nasze szanowne PKP zamknęło PÓŁ hali głównej. Aż się ciśnie na usta "mój świat murem podzielony". Smętni podróżni w większości siedzieli sobie grzecznie pod płotem dzielącym halę i nie liczyli nawet na normalne miejsce siedzące. O dzikim tłoku przy kasach nie wspomnę z przyczyn humanitarnych. Dziwnym trafem nawet pinkolone gołąbki zniknęły! Czyżby nawet te duże karaluchy nie mogły znieść takiej dawki absurdu?
Naprawdę rozumiem potrzebę remontów, rozumiem iż są one z założenia diabelnie upierdliwe, ale czy wakacje są odpowiednim momentem na robienie najbardziej uciążliwych prac?

Na pewno każdy z Was, drodzy czytelnicy przerobił w swoim życiu atrakcje związane z podróżą pociągiem, bieganiem po dworcu i całym syfem z tym związanym. Czy uważacie, że na przestrzeni lat cokolwiek się zmieniło? Czy jest jeszcze jakaś nadzieja, dla nas- podróżnych? A może niedługo będą nas wozić takie wynalazki jak ten, na zdjęciu tytułowym?





zdjęcie tytułowe: www.thesometimes.pl

Przeczytano 896 razy | 41 Komentarze
To skomplikowane... Czyżby?

To skomplikowane... Czyżby?

20 dni temu

Wakacje mają to do siebie, że poszukujemy rozrywek z gatunku łatwych, lekkich i przyjemnych. Jest gorąco, śpiąco i nasze mózgi pracują na zdecydowanie wolniejszych obrotach. Nie ma co się zadręczać ambitnymi produkcjami. Lepiej wziąć drinka z palemką i obejrzeć coś równie lekkiego jak... jak coś co jest lekkie.
Komedia, komedia romantyczna, komedia prawie romantyczna... Wydaje się, że w tych gatunkach powiedziano już wszystko. Ona piękna, młoda, ze złamanym sercem. On piękny, młody, ale po przejściach... To już było i wcale nie wydaje się być skomplikowane.
Aż tu nagle pojawia się przełamanie schematu. Ona jest średnio piękna (chociaż ma w sobie to "coś"), nie młoda i serce usmażyła już dawno temu na patelni niczym schabowego. On absolutnie nie jest piękny (i raczej nie ma w sobie cosia, niecosia, ani niczego innego), młody tym bardziej nie, a serce trzyma mu pod pantoflem pewna młoda pani żona.
Mówi się, że to, co się zdarzyło w Vegas, zostaje w Vegas. Sprawę dwójki naszych bohaterów komplikuje fakt, iż chyba wybrali nie to miasto co trzeba. Co się stało w Nowym Jorku, zostało przywleczone samolotem do domu (niczym świńska grypa).
A co to takiego? Ano romans. Rozstali się lat temu kilka, każde z nich ma inne życie, inne sprawy. Aż tu pewnej szalonej nocy... Wszystko zostaje przewrócone do góry nogami niczym omlet. Byli małżonkowie zaczynają zachowywać się niczym nastolatki (chociaż gardzą depilacją okolic intymnych), a nie państwo po 50tce z trójką wspólnych dzieci. Pani żona niewiele podejrzewa - jest zbyt zajęta liczeniem dni płodnych, przyjaciółki bohaterki są zszokowane i zachwycone. Prawie jak sielanka, prawda? Ale jako iż komedia jest prawie romantyczna, to należało by wprowadzić jeszcze jeden przeszkadzacz sielankowy. W tym wypadku pojawia się wyjątkowo pierdołowaty architekt. Jest pocieszny niczym Yorek, asertywny niczym osoba wypchnięta z kolejki w mięsnym, ale za to potrafi zaprojektować świetną kuchnię. Może nie radzi sobie z własnym rozwodem, ale chętnie zapali skręta. Lubi rogaliki z czekoladą i pomarańczowe kalendarze. Czy będzie miał tyle siły przebicia, coby pokonać byłego pana męża, który jest wyjątkowo zajadłym i nie apetycznym osobnikiem? Czy będzie wojna na poduszki? A może ktoś zdzieli kogoś linijką? Czy viagra na pewno zagra?
Film jest zdecydowanie łatwy, lekki i przyjemny. Niemniej jednak zabrakło mu nieco polotu, pewnego smaczku. Jest oczywiście dość zabawnie, historia trzyma się kupy i widz ma sporą szansę na wysiedzenie przed monitorem/telewizorem. Niemniej jednak chwilami można się poczuć ciężkim niczym blacha muffinów i mieć ochotę na dietę.
Oczywiście, grze aktorskiej, czy samemu pomysłowi niewiele można zarzucić. Jednakowoż nie jest to produkcja najwyższych lotów, nawet w przypadku komedii około romantycznej.
Film ten jest ofkors dość łatwy, dość przyjemny i zdecydowanie lekki, ale nie nazwała bym go koniecznym do obejrzenia.
Sporo seksu i dobrego żarcia, plus plejada gwiazd nie gwarantują przepisu na dobry film.


W ramach deseru wystąpi dzisiaj trailer w listkach mięty ;)






zdjęcie tytułowe: merlin.pl

Przeczytano 606 razy | 29 Komentarze
Wino w wodę, wódę w...?

Wino w wodę, wódę w...?

1 miesięcy temu

Jakieś dwa tysiące lat temu był sobie taki jeden koleś, co potrafił zamienić wodę w ciekawszy napój. Takiego numeru już nigdy nikomu nie udało się powtórzyć (chociaż ponoć Rosyjscy naukowcy próbowali wyprodukować wodę w tabletkach, ale nie mieli jej później w czym rozpuścić...), chociaż pewnie wielu próbowało.
Ale za to teraz sprawa ma się zgoła inaczej. Mądrzy i mniej mądrzy ludzie stwierdzili, że skoro manewr z procentami nie wychodzi, to można by odwrócić sprawę.
Z jakim rezultatem?

Jak wiadomo procenty są fajne. Czasem, w różnych ilościach, z różnymi dodatkami. Niemniej jednak czasem chciało by się ich pozbyć bardzo szybko. Nie wspominam oczywiście o sytuacjach absolutnie karygodnych, jak nieczekanie na ucieczkę promili i wsiadanie do samochodu, na rower czy na cokolwiek (kogokolwiek) innego.
Można by rzec, że pić jest fajnie, trzeźwieć nieco gorzej. Ale od czego są mądre głowy, od czego jest kombinatoryka stosowana, albo chociaż potrzeba, co ma dzieci z wynalazcą! Przecież można spłodzić super ekstra mru wynalazek! Wynalazek, co to zamieni wódę w wodę i będzie można cieszyć się pełnią szczęścia i radości z czystą krwią ( a o takiej chyba nawet serial nakręcili...)! Nie wiem jak to jest ze świeżym oddechem, ale od tego są już inne wynalazki.
W takim bądź innym razie stali bywalcy barów mają szansę na powracanie z tego miejsca radości i fitnessu dla portfela o własnych siłach, ba! Nawet własnym transportem!
Najnowsza nowość reklamowana jako lek na całe zło, w cenie jedynych 13 złotych, ma wspomagać biednych imprezowiczów.
W tym momencie należy zadać sobie pytanie: czy to działa?
Oczywiście, według producenta jak najbardziej. A co na to NATO? NATO na to nic. A już tak całkiem serio: specjaliści twierdzą, że cały ten wynalazek, to pic na wodę fotomontaż. I szczerze powiedziawszy jakoś bardziej mnie przekonuje ta druga opinia.
Należało by się jeszcze zastanowić nad aspektem psychologiczno społecznym takiego wynalazku. Czy mówienie ludziom, że mogą migiem wytrzeźwieć, czy po całej nocy chlania mogą w ciągu powiedzmy 2-3 godzin osiągnąć stan trzeźwości i jasności umysłu jest ok? Czy w kraju, w którym mamy licząc ostrożnie około 2 milionów osób uzależnionych od alkoholu, puszczanie takiej informacji jest dobre? A co z jakąś cholerną wrażliwością społeczną?!
No dobrze, zostawmy alkoholików w spokoju. Ale co z dzieciakami i młodzieżą? Jaki sygnał dostają? Moim zdaniem podobny jak w przypadku bzdury tego stulecia jaką są te pinkolone "legalne narkotyki". Że coś, co do tej pory było be, nagle pod inną etykietką się staje cacy. Pijcie dzieci drogie, wasza wątroba najwyżej się nieco zmarszczy i dostanie blizn niczym Rambo, ale za to promile będą uciekać z was niczym ludzie przed Świętą Inkwizycją!
Tak więc należało by się zastanowić, czy warto ryzykować życie swoje, bądź też innych przez jakiś specyfik z piekła rodem? A może w ramach wiary w siebie i własne możliwości czyni cuda i faktycznie niczym za dostaniem od wróżki różdżką w łeb można wytrzeźwieć?
Jakie jest Wasze zdanie na temat tego wynalazku? Czy powinien być w ogóle dopuszczony do sprzedaży?




zdjęcie tytułowe: www.robsingleton.com

Przeczytano 334 razy | 7 Komentarze
Coś mnie boli w krzyżu...

Coś mnie boli w krzyżu...

1 miesięcy temu

Od tragedii smoleńskiej minęło już sporo czasu. Zaliczyliśmy jako naród wiele zrywów patriotycznych, wiele pyskówek, wiele przepychanek. Nadal trwa dyskusja kto zawinił, dlaczego taka tragedia miała miejsce. I zapewne jeszcze długo będzie trwała. Niemniej jednak najnowszym problemem podnoszącym ciśnienie jest kwestia przestawienia krzyża spod Pałacu Prezydenckiego. O co w tym wszystkim chodzi?
Dziwnym trafem tym razem nie chodzi o pieniądze. Niby miła odmiana, ale jak zwykle wszystko wychodzi nie tak jak powinno.
Krzyż postawiony przez harcerzy 2 dni po katastrofie samolotu prezydenckiego, a właściwie jego przeniesienie jest jednym z głównych tematów dyskusji zarówno polityków, jak i osób prywatnych.
Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, ale i jeszcze większemu zadowolenie w końcu władze kościelne, oraz rząd doszły do porozumienia co z tym krzyżem zrobić. Ano przenieść. Gdzie? W miejsce bardziej ku temu odpowiednie. A mianowicie? Do kościoła św. Anny znajdującego się kilka minut drogi od Pałacu Prezydenckiego.
Wszystko wydawało by się dograne i załatwione, prawda?
Ale brzmi to nieco za dobrze, aby wyszło idealnie. Jak to zwykle bywa w tym społeczeństwie - miało być pięknie, wyszło jak zwykle.
Pomimo niemalże całkowitej zgody na przeniesienie krzyża, pojawiło się zastraszająco dużo głosów przeciwko. Oczywiście, sprawa budzi wiele emocji, niektórym ciężko się pogodzić z sytuacją - co jest całkowicie zrozumiałe. Ale czy zacietrzewienie, posuwanie się niemalże do gróźb karalnych i zastraszenia są dobrą metodą na zamanifestowanie swoich przekonań?
Jasne, rozumiem tzw. "odruch serca", rozumiem chęć upamiętnienia ofiar katastrofy. Tylko czy miejsce "spoczynku" krzyża jest aż tak istotne? Czy koniecznie musi stać pod Pałacem?
Zgadzam się z opinią Pani Senyszyn, że krzyż jest samowolką budowlaną. Tak, tak, wiem... Sytuacja jest wyjątkowa. Ale czy w związku z tym prawo przestało obowiązywać? Czy wytaczanie dział w postaci wypowiedzi Jana Pawła II jest na miejscu? Czy robienie wrzasku przez posłów pewnej partii w czymś tu pomaga? Pani posłanko Szczypińska pragnę Panią uświadomić, że NIE jesteśmy państwem katolickim. Polska jest państwem świeckim, a każdy może indywidualnie określać się jako katolika, nie katolika, świeckiego, wyznawcę innej wiary.

Nie jestem osobą wierzącą, tym bardziej fanką katolicyzmu, ale powiem szczerze, że sytuacja mnie mierzi.
Upieranie się na siłę, zacietrzewienie i podnoszenie sobie (i innym) ciśnienia raczej się nie pomoże sytuacji.
W niedzielę miałam okazję urządzić sobie spacer w uroczym towarzystwie pewnego Tygysa po Krakowskim Przedmieściu. Widok był dość przygnębiający. Ulica wyremontowana niedawno za ogromne pieniądze, kosztem utrudnień w ruchu, mająca być wizytówką Warszawy wygląda jak pobojowisko. Wszędzie są plamy po zniczach, nie najczyściej... Do tego stada gapiów, którzy liżąc lody, bądź pogryzając ciasteczka gapią się na całe to zbiegowisko wokół krzyża, albo robią zdjęcia. Ot, kolejny punkt do odhaczenia na trasie wycieczki. Jeszcze tylko zdjątko na n-k, aby wszyscy wiedzieli jakim się jest patriotą... Czy to tak właśnie powinno wyglądać? A może lepiej poczekać, aż agresja zacznie wyłazić z ludzi i zacznie się kopanie zniczy, rozrzucanie kwiatów, albo ktoś ten krzyż w końcu zniszczy?
Ruch pieszy jest utrudniony, ciężko na kogoś nie wpaść (ta wspaniała tendencja do zatrzymywania się nagle na środku chodnika...). Cały krajobraz jest dość dobijający.
Zgadzam się ze zdaniem przedstawicieli kościoła, że krzyż powinien trafić w inne, spokojniejsze miejsce. I moim zdaniem kościół jest do tego odpowiednim miejscem. Kto będzie chciał pomodlić się za ofiary, czy po prostu zastanowić się nad sytuacją przecież będzie mógł to zrobić. No, ale już nie będzie można zrobić foci, ani pokazać się znajomym, że się było. Czy to właśnie w tym tkwi problem? Kto ma rację? I czy w ogóle można mieć rację w takiej sprawie?




//zdjęcie tytułowe: Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta//

Przeczytano 950 razy | 66 Komentarze
(Ze)Zlot Specjalistyczny

(Ze)Zlot Specjalistyczny

1 miesięcy temu

Teoretycznie chyba nie muszę pisać o co chodzi, ale wysilę się dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą z czym to się je. A je się to z keczupem włocławskim.
Mamy falę upałów z piekła rodem, więc czas jeszcze bardziej podgrzać atmosferę. Jesteśmy uzbrojone i niebezpieczne! Mamy różowe kąpielówki, rurki do nurkowania i przystojnego ratownika! Do tego drinki z palemką i wygodne leżaczki. Czego chcieć więcej?
Z racji tego, że dwie panie z naszego grona miały w ostatnim czasie urodziny (jakby ktoś nie wiedział chodzi o Ozzy i Bright ). W imię pieczonych kiełbasek i ziemniaków z ogniska nawołuję do oddania czci obu paniom!
Poza planowanym absolutnym nicnierobieniem w planach mamy następujące atrakcje:
- kurzajki a złośliwość, czyli wykład o tym jak uprzykrzyć życie innym. (prowadzenie - Bright)
- Jak zamienić się w skwarkę i zrobić oszałamiająca sesję zdjęciową, oczywiście z różowym pejczykiem. Wykład na ten temat poprowadzi Atena
- Keczup Włocławski. Czy jest niezbędny do życia prawdziwej czarownicy? Zajęcia kulinarne połączone z degustacją poprowadzę ja, czyli kotek.
- Gramatyka a siwienie owłosienia. Czyli, czy czasownik może pobić w ciemnej uliczce? Dyskusja wspólna.
- Zezlot ortografii, czyli czy literki mogą upaść na bruk i wybić zęby. Prezentacja poparta przykładami, prowadzenie Ozzy
- Papaja paranoja, czyli zajęcia taneczno-kulinarne. Działalność wspólna. Przypominam, że w zamrażarce leży jeszcze kawałek Damy damy!

A teraz największa i najbardziej oczekiwana atrakcja zlotu! Jako iż poprzedni miesiąc minął pod znakiem pewnego keczupu, a przy okazji nie napisałam jeszcze ani słowa o męskiej części klubu, pragnę ogłosić wszem i wobec: Alex kołuje basenik, ja biorę keczup, a panowie będą walczyć o medal z kartofla. Ale o co chodzi? No więc panowie! Szykujcie stroje kąpielowe, bo czekają Was zapasy w... keczupie! Zajechało seksizmem? Ofkors. Czy Panom to się podoba? Ważne, że spodoba się paniom :)
Oczywiście, na otarcie łez i połechtanie cierpiącego zbiorowo męskiego ego proponuję wszystkim wycieczkę na pobliską Piwną Górkę w celu leczenia ran odniesionych podczas zawodów.
W planach będą oczywiście perwersyjne zabawy z Ateną, o ile jeszcze będziemy się trzymać na nogach. Ofkors droga z Górki jest.... z górki:D
Bez zbędnego gadania: DO ZOBACZENIA NA MIEJSCU!




zdjęcie tytułowe: internet

Przeczytano 759 razy | 61 Komentarze
Post pochwalny na cześć pewnego ketchupu

Post pochwalny na cześć pewnego ketchupu

2 miesięcy temu

... Och Ketchupie Włocławski!
Tyś najlepszy wśród ketchupów!
Twój pikantny i łagodny smak zamknięty w szklanym słoiczku pobudza ślinianki wszystkich twych fanów!
Twa barwa i konsystencja nie ma sobie równych!
Odgłos łyżeczki stukającej o denko Twojego słoiczka potrafi doprowadzić do rozpaczy każdego!...

No dobra, pośmialiśmy się z braku talentu poetyckiego kota, a teraz przejdźmy do tego, co koty lubią najbardziej. A mianowicie ketchupu.
Ketchup włocławski staje się obiektem kultu i uwielbienia milionów. Ma swoją stronę fanowską na facebooku, spora część ludzi dostaje kociej mordy na sam dźwięk wypowiadanej nazwy. Trafiają się nawet demotywatory na jego cześć. Co sprawia, że wśród tysięcy dostępnych produktów akurat ten ketchup powoduje drżenie rąk i wzmożoną produkcję śliny?
Po pierwsze: jest pakowany w słoiczki, więc nie śmierdzi plastikiem. Co prawda, produkt jest również dostępny w takim plastikowym opakowaniu, do jakiego przywykli wszyscy miłośnicy ketchupu, ale w moim mniemaniu jest dużo gorszy od tego "słoikowanego".
Słoiczki mają oczywiście różną pojemność - dla większych i mniejszych ketchupoholików. Mamy też do wyboru kilka smaków: łagodny, pikantny, ziołowy i cebulowy. Co prawda prawdziwy miłośnik Włocławka kocha tylko te dwa pierwsze warianty, resztę uznaje za jakąś fanaberię i zamach na smak pomidorowej miłości życia.
Wersja pikantna nie wypala kubków smakowych, jednakże daje poczucie "mocy". Smakuje idealnie jako składnik kanapki, dodatek do grilla. Osobiście dodaję go też często do sosu pomidorowego jeśli nie mam koncentratu.
Mój faworyt ketchupowy nie posiada również dużej wkładki konserwantowej, należy go dość szybko skonsumować, bo może się obrazić i dostać pleśni. W przeciwieństwie do konkurencji nie czuć w nim też obrzydliwego smaku octu. Smak jest zniewalający i absolutnie uzależniający.
Jednakowoż każdy ideał posiada jakieś wady. Tak jest również i w tym przypadku. Ketchup ten bywa ciężko dostępny (przynajmniej w Warszawie). Wstyd, hańba i głód! Jeszcze kilka lat lat temu na wycieczki weekendowe do Włocławka musiałam brać plecak 80litrowy, w który zazwyczaj pakowałam się jadąc na 2 tygodnie na narty. Na kilka dni przed planowanym wyjazdem dostawałam kupę wiadomości od znajomych i przyjaciół o mniej więcej takiej treści "kotek, jedziesz do Włocławka? A mogła byś przywieźć ketchup?". Panie w sklepie we Włocławku dość dziwnie na mnie patrzyły gdy na taśmie przy kasie widziały czasem i po kilkanaście słoiczków ketchupu. Tak więc kot przez jakiś czas był głównym dilerem ketchupu w Warszawie. Teraz, gdy słoiczki można znaleźć w większości sklepów nie muszę obawiać się wrześniowego wypadu do Włocławka. Chociaż dziwnie będzię jechać ze zwykłym plecakiem. Aczkolwiek będę musiała się zaopatrzyć w małą zgrzewkę koncentratu włocławskiego, bo dziad nadal bardzo ciężko dostępny. A sos do lasagne bez niego nigdy nie będzie taki sam...
A jakie jest Wasze zdanie na temat ketchupu włocławskiego? Jesteście zakochani, zawiedzeni, czy może nigdy o ustrojstwie nie słyszeliście?








zdjęcia: wikipedia.pl i demotywatory.pl

Przeczytano 1065 razy | 76 Komentarze
Kto daje i odbiera...

Kto daje i odbiera...

3 miesięcy temu

... Ten przynajmniej teoretycznie powinien poniewierać się w piekle. Natomiast w tym przypadku piastuje wysokie stanowisko i... Robi wszystko aby mieć jak najmniej głosów w przyszłości. Co prawda nie chodzi o Post Tygodnia, ale sprawa wydaje się być poważna.
Jak śpiewał Kazik Staszewski polityka to taplanie się w błocie i każdy się musi ubrudzić. Co prawda najlepsze posty polityczne na tym portalu pisze koshu, ale tym razem postanowiłam zrobić mu małą konkurencję.
Jak wiadomo, w przypadku politykowania najważniejsze jest dobro własne i kolesiów, oraz pociotków wszelkiej maści i rodzaju. Chyba nie ma w tym kraju partii wolnej od tego typu zagrywek. Nie będę tu agitować która partia jest cacy, a która be. Pragnę się skupić na konkretnym przykładzie.
Kilka miesięcy temu pisałam o głosowaniu na nogę od stołka i na stołek. Jednym z faworytów głosowania na nogę od stołka (czyli największą bzdurę i absurd) był pan Struzik. Nie mam pojęcia kto go posadził na tak wysokim (nomen omen) stołku, ale mam nadzieję, że szybko go z niego zdejmie.
Pan ten bardzo przysłużył się województwu Mazowieckiemu wieloma niezwykle trafnymi decyzjami: wpuszczeniem TIRów do Puszczy Kampinoskiej, wywaleniem z roboty człowieka, który chciał zrobić porządek z koleją. Podlega mu również Mazowiecka Jednostka Wdrażania Programów Unijnych, instytucja zatrudniająca nieprawdopodobną rzeszę urzędasów, a przy okazji będącą jedną z najbardziej nieudolnych jednostek organizacyjnych.
Kolejnym, fantastycznym pomysłem pomysłem pana marszałka są cięcia budżetowe. Przy sporej pazerności władzy brzmi to nieźle, prawda? Ale przyjrzyjmy się w jaki sposób mają zostać zrobione te cięcia. Otóż nasze szanowne władze postanowiły przyoszczędzić na... dotacjach dla fundacji i stowarzyszeń zajmujących się dziećmi, niepełnosprawnymi i problemem uzależnień.
Część z nich niedawno dostała sympatyczne telefony z informacją iż wszystkie dotacje zostały cofnięte. Jak zwykle najbiedniejsi i potrzebujący dostają po dupach. Dla wielu z tych miejsc te kilka tysięcy oznacza być albo nie być. Bo bez pomocy sponsorów, których trzeba teraz na szybko szukać i liczyć na pomoc ludzi dobrej woli może się okazać, że trzeba będzie część z tych miejsc zamknąć. A jak wiadomo, dla części podopiecznych to oznacza zupełny brak pomocy. Nie każdego stać na rehabilitację, dodatkowe zajęcia, czy terapię.
Oczywiście, po kilku publikacjach w prasie zaczęło się motanie, że to wcale nie tak. Że jakieś pieniądze się znajdą. No fantastycznie, ale czemu trzeba mieszać po raz kolejny w to media, czemu nic nie może być normalnie? Dlaczego po raz kolejny wszystko jest zwalane na tzw janosikowe? Czy odbieranie pieniędzy fundacjom jest dobrym sposobem na reperowanie budżetu?
Przy próbie znalezienia odpowiedzi na te wszystkie pytania, mam ochotę zapytać tych wszystkich urzędasów: dobrze Wam przy korycie? To radzę wziąć się do roboty, bo w następnych wyborach możecie przejść na dietę i nie mam w tym wypadku na myśli tej poselskiej.
Oczywiście, mam świadomość, że raczej nie ma co liczyć na to, aby brakujących pieniędzy w budżecie zaczęto poszukiwać w delegacjach, ilości zatrudnionych darmozjadów i wszędzie tam, gdzie można to zrobić. Bo moim zdaniem od tego powinno się chyba zacząć.
Jak widać nasza szanowna władza po raz kolejny strzela sobie w kolano. Szkoda tylko, że nie musi dzięki temu skorzystać z usług naszej szanownej służby zdrowia.
Bo skoro ktoś nie potrafi poradzić sobie z budżetem w cywilizowany sposób, podejmować trafnych decyzji, ani tym bardziej reprezentować interesów społecznych w sposób przynajmniej dostateczny, to chyba powinien zmienić rodzaj wykonywanej pracy.
Jak napisał jeden z moich ukochanych pisarzy w swojej książce: sraj albo złaź z nocnika!









zdjęcie tytułowe: www.humor.sadurski.com

Przeczytano 375 razy | 8 Komentarze
Tolerance is what i kill?

Tolerance is what i kill?

3 miesięcy temu

Ostatnie dni obfitowały w rożne parady równości, marsze i wydarzenia mające na celu zwrócenie uwagi na osoby o orientacji seksualnej, która część uznaje za chorobę, część postanawia zniszczyć, a tylko niewielka część toleruje. Nie wspominając już o akceptacji.
Smutna prawda jest taka, że nie jesteśmy narodem tolerancyjnym. Każda inność budzi w nas jakiś zbiorowy sprzeciw, obawę, bądź chęć zniszczenia. Część osób jest jak funkcja sinus, czyli ograniczona, kolejna część nie wie o co chodzi. Być może też cały strach przed osobami homoseksualnymi wynika z niewiedzy. Problem polega raczej na tym, iż znakomita większość nie ma ochoty na zmianę tego stanu rzeczy.
Dlaczego uważam nasz naród za nietolerancyjny? A któż z nas nie słyszał komentarzy "głupi pedał!", albo "cholerna lesba!"?
Kilka dni temu odbył się w Kielcach marsz przeciwko homofobii. Pomijając grupę marszujących pojawiła się reprezentacja panów kiboli wraz z jednym radnym PiSu. Jak wiadomo, przeciwnicy tego typu atrakcji raczej do łagodnych baranków nie należą, a krzyki "wypierdalaj!" nie uważam za szczyt dobrych manier. Do tego ta wielka odwaga cywilna, jaką jest zakrywanie twarzy kapturami. Bluzgać każdy może, ale jak widać ciężko mieć chociaż tyle jaj, aby pokazać twarz. Przykra sprawa...
Dlaczego wspominam o panu radnym? Ponieważ, nie przekonują mnie jego argumenty, iż był tam jako osoba prywatna. Jeśli sprawuje się jakąś funkcję publiczną, to zawsze się reprezentuje stanowisko jakie się piastuje.
Do tego jego wielkie oburzenie i pytanie na temat kosztów jakie poniosła policja poprzez odwożenie do domów osób biorących w marszu.
Panie radny, pragnę zadać Panu pytania o następującej treści: a ile kosztuje ochranianie stadionów i każdego meczu? Jakie koszty ponosi Policja podczas zadym robionych przez kiboli?
Mój komentarz do całej sprawy: cieszę się, iż takie marsze, demonstracje i parady równości mają miejsce. Cieszę się również, iż są ludzie, którzy potrafią powiedzieć głośne NIE homofobii, nietolerancji i zwykłemu zaściankowi.
Mnie osobiście nie interesuje kto z kim sypia i czy jest to kobieta czy mężczyzna. Nie jestem niczyim materacem. Czy człowiek, który ma inną orientację seksualną jest innym człowiekiem, niż osoba hetero?
Zapraszam do dyskusji



zdjęcie tytułowe: internet

Przeczytano 1165 razy | 83 Komentarze
Sposób na dopalacze?

Sposób na dopalacze?

3 miesięcy temu

Zapewne większość z nas słyszała hasła "Legalne Narkotyki", czy "Roślinne, bezpieczne środki". Jak wiadomo, reklama jest dźwignią handlu. Ale jak jest w rzeczywistości? Bezpieczne? Niekoniecznie. Legalne? Teraz już nie do końca.
Hasła takie jak "legalne narkotyki" powodują u mnie znaczne podniesienie ciśnienia, bunt i żądzę mordu.
Już samo to stwierdzenie brzmi dla mnie jak oksymoron. Moim zdaniem jest to również próba umniejsza zła jakie narkotyki czynią.
Nie sądzę też, aby którykolwiek z szanujących się terapeutów uzależnień popierał dopalacze.
Do tego należy doliczyć pokazywanie młodszej części społeczeństwa, że dragi są ok.
Komentarze, iż narkotyki mają na celu sprawienie, że człowiek się bawi lepiej uważam za dość śmieszne. Jeśli ktoś się nie potrafi dobrze bawić nawet bez nich, to znaczy, że się chyba powinien zastanowić nad sobą.
Problem z dopalaczami jest spory, ciężko zablokować ich sprzedaż. Producenci są cwani, prawo nie jest w stanie nadążyć nad zmianami składu jakie są wprowadzane natychmiast po jakiejkolwiek zmianie prawa.
Niemniej jednak pojawił się nowy sposób walki z tym zjawiskiem. Pytanie tylko, kto wyjdzie z tej potyczki zwycięsko?
Jakiś czas temu panowie policjanci zatrzymali handlujących dopalaczami na podstawie ustawy o ochronie środowiska, wprowadzonej na podstawie konwencji waszyngtońskiej. Bingo proszę Państwa! Tego akurat sprzedawcy nie przeskoczą. Czy to dobrze? Bardzo dobrze. Jeśli nawet część tego świństwa wypadnie z obiegu, to uważam to za spory sukces. Nie posunę się do klaskania uszami, ze szczęścia, bo jak wiadomo, póki co dopalacze będą dostępne na rynku w myśl zasady: co nie jest zabronione, to jest dozwolone.
Natomiast policja ma dodatkowy as w rękawie i mam szczerą nadzieję, że będzie z tego korzystała jak najczęściej. Być może przy dokładniejszym przeglądzie składu sprzedawanych specyfików znajdą się jeszcze jakieś składniki, które nie mają prawa tam być, a przy okazji są chronione ustawą.
Ostatecznie a pill to make you numb, a pill to make you dumb..









zdjęcie tytułowe: internet

Przeczytano 954 razy | 44 Komentarze
Zawód: dzieciorób

Zawód: dzieciorób

3 miesięcy temu

Ponoć dzieci to wielkie szczęście. Ale czy im więcej dzieci, tym więcej szczęścia? Do tego pojawia się pytanie: jak utrzymać taką radosną ekipę? Ale jest pewien superbohater, który pomoże ogarnąć tą kuwetę. Nazywa się socjal i pomoże w potrzebie! Wystarczy odpowiednia ilość dzieci i.. życie jak w Madrycie!
Istnieją różne rodziny. Z mamusią i tatusiem, z dwoma mamusiami, z dwoma tatusiami, z jednym dzieckiem, z dwoma, trzema.. I to są wszystko rodziny. I w większości z nich pojawia się prędzej czy później dylemat za co kupić to czy tamto. Bo przydały by się nowe buty, albo trzeba opłacić zieloną szkołę. Dzieje się tak nawet w przypadku gdy oboje rodzice pracują, a babcia z dziadkiem dorzucają jakieś fundusze z okazji różnych okazji.
Bzdecikowe czy raczej wacikowe też nie powodują bycia milionerem. Smutna Polska prawda jest taka, że nasza polityka prorodzinna leży, kwiczy i nawet nogami nie wierzga. Tyle, że nie wszędzie na Świecie tak jest.
Weźmy na tapetę Wielką Brytanię, w końcu to Polska Bis.
Tak więc na Wyspach problem rozrodczości od dawien dawna jest uregulowany. Są dodatki, zasiłki i inne tego typu atrakcje.
I tu pojawia się pewna furtka.. Co jeśli komuś normalnie pracować się nie chce? Wtedy zostaje inne bardzo dochodowe hobby. Dziecioróbstwo.
Doświadczenie: nie wymagane (chyba)
Zakres obowiązków: dużo seksu, ogólna niechęć do innej pracy i nadmiar wolnego czasu
Wynagrodzenie: rosnące wprost proporcjonalnie do sukcesów zawodowych (czyli dzieci)
Do czego zmierzam?
Postanowiłam się odnieść do pewnego artykułu, który wpadł mi dzisiaj w ręce.
Muszę przyznać, że nieco mnie przeraża wizja takiej rodziny. Bo niby całkiem wygodnie, bo nic nie trzeba robić (no, poza dziećmi), a kaska leci..
Wizja 2 samochodów, domu, braku rwania sobie włosów z głowy w okolicach pierwszego każdego miesiąca jest całkiem niezła.. Ale. No właśnie, musi być jakieś ale..
Pomińmy na chwilę względy finansowe.
Czy rodzenie dzieci niemalże rok za rokiem jest zdrowe? Nie jestem lekarzem, ale wydaje mi się, że ciąża, poród i tego typu rzeczy jednak mocno obciążają organizm. Jak ta pani będzie wyglądać za 20 lat?
Moim skromnym zdaniem wychowanie takiej ilości dzieci jest niezwykłą sztuką, a przy okazji czas nie jest ( o słodka ironio) z gumy. Każdemu dziecku wypadało by poświęcić trochę czasu i uwagi. A przy takiej gromadzie jest to znacznie utrudnione.
Przyznam szczerze, że nie jestem fanką posiadania tak licznego potomstwa. Nie wiem czy przy takiej liczebności potrafiła bym skupić się na każdym dziecku tak bardzo jak ono to tego potrzebuje. Jechanie na socjalu też nie jest moim życiowym marzeniem..
Ale jak widać różni ludzie, różne potrzeby, różne zestawy panvitan.
Nie mogę się jednak zgodzić z autorką artykułu, że za kilka lat te dzieci będą "odpracowywać" to co, dostały z podatków innych osób. Oczywiście, jest taka opcja, ale ludzie jednak najchętniej i najczęściej podążają za schematami, które wynieśli z domu. Jeśli rodzice siedzieli całe życie na zasiłku i raczej nie garnęli się do pracy, to dzieci w większości przypadków raczej też nie będą tego robić. Skoro na zasiłku, bądź rentozie można całkiem nieźle sobie radzić, to po co się przemęczać?
Omawiając ten problem w kontekście naszego kraju, należy zauważyć, że mimo wszystko na socjalu kokosów się nie dostaje. Natomiast, jak wiadomo Polak potrafi i na czarno sobie dorobi. Nie przeczę też, że mamy na pewno wiele kochających się wielodzietnych rodzin, które sobie radzą i mimo wszystko starają się nie wyciągać rąk po pieniądze od państwa, skoro potrafią jakoś związać koniec z końcem.
Podlinkowany przeze mnie artykuł zwraca uwagę na jeszcze jedną poważną sprawę - problem starzenia się społeczeństwa. Jednakowoż należało by się zastanowić, czy rodziny wielodzietne żyjące na zasiłku, nie próbujące się nawet samodzielnie utrzymać są rozwiązaniem tego problemu? Czy generowanie kolejnego pokolenia bezrobotnych jest tym, co pomoże w czasach wszechobecnego niżu demograficznego?
Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Co sądzicie o tej sprawie? Czy według Was to jest ok? A może nie? Zapraszam do dyskusji ;)







zdjęcie tytułowe: internet

Przeczytano 368 razy | 18 Komentarze
/ 9 > > 87 wyników