<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<!DOCTYPE rss PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Transitional//EN" "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-transitional.dtd">
<rss xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom" version="2.0">
  <channel>
    <title>Students.pl - Nowy posty użytkownika krufka</title>
    <description>Nowe posty użytkownika krufka</description>
    <link>http://www.students.pl/community/user/blog/krufka/</link>
    <atom:link href="http://www.students.pl/rss/spolecznosc/user/blog/krufka/Itemid=31" rel="self" type="application/rss+xml"></atom:link>
    <ttl>1</ttl>
    <lastBuildDate>Thu, 11 Mar 2010 04:31:44 +0100</lastBuildDate>
    <item>357841265582892892010-03-10 01:32:302010-03-10 10:54:272010-03-10 01:32:302010-03-10 01:46:18{pl}Chata polska, czyli o "housie", niekoniecznie z medycznego punktu widzenia...{/pl}{pl}O administracji w naszym Państwie można by mówić wiele. Ja jednak, w moim krótkim, aczkolwiek treściwym poście chciałabym się skupić na rzeczy banalnej, a mianowicie na... numeracji domów. Osobiście słyszałam o pewnej polskiej wsi, która składa się z jednej, długiej ulicy. Nowi mieszkańcy więc dobudowują sobie domki raz z jednej, raz z drugiej strony. Ponieważ nowe domy są budowane także przed numerem pierwszym, numeracja budynków (a co za tym idzie zmiana dowodów osobistych wszystkich mieszkańców ulicy) odbywa się cyklicznie. Wszakże rosnąca numeracja domów przy ulicy musi zostać zachowana. Słyszałam też o ulicy (w innej polskiej wsi), gdzie połowa mieszkańców zapragnęła mieć dom z numerem 1 (że niby taki prestiżowy), w związku z czym pół ulicy stanowią budynki o numerach 1a, 1b, 1c, 1d... I tak dalej. No i z prestiżu raczej nici...  Sytuacja, o której chcę opowiedzieć (i która dotknęła mnie bezpośrednio) rozgrywa się jednak nie na wsi, a w miejskim blokowisku (i mam na myśli bardzo duże miasto). Pominę może fakt, że sądząc po rozmieszczeniu budynków, osiedle zostało postawione w dość dziwaczny sposób. Obok numeru 10 znajduje się numer 4, a pomiędzy numerami 19 i 20 znajdują się cztery inne bloki, z numerem 11 (w którym mieszkam) włącznie, natomiast numer 23 sąsiaduje z numerem 2. Nawet nie macie pojęcia ile zagubionych osób, przyjeżdżając do rodziny, codziennie pyta o drogę. Ostatnio nawet karetka na sygnale się zgubiła...   Do wczoraj byłam skłonna uparcie twierdzić, że w tym kraju nic mnie już nie zdziwi. Ale oto wszelkie moje złudzenia zostały skutecznie rozwiane. Wczoraj wieczorem bowiem zapukała do moich drzwi dozorczyni, wręczając mi pismo od Administracji Osiedla. AO zarządziła co następuje: Mój blok o numerze 11 składa się z parteru i czterech pięter. Posiada 21 połączonych ze sobą klatek schodowych (numerowanych od a do u), po 10 mieszkań w każdej klatce. Administracja zadecydowała, że od wczoraj cztery ostatnie klatki (w tym moja - u) będą stanowić osobny budynek o numerze 11a, podczas gdy połączone z nimi pozostałe klatki (wyczujcie sytuację: to jest JEDEN długi blok) nadal będą miały numer 11. W związku z zaistniałą sytuacją, wszyscy mieszkańcy dotychczasowych klatek r, s, t i u mają obowiązek wymiany dowodów osobistych w terminie trzech miesięcy od dnia wczorajszego. (Przepraszam, a adres zameldowania z powodu jednej literki też mamy zmienić we wszystkich urzędach?) Żeby sytuacja była jeszcze bardziej groteskowa, pomiędzy blokami stoi domek (taki samotniczek), o numerze 11w (czyli jakby jeszcze za moją klatką). Domek pozostaje jako numer 11. Bez a.   Dlaczego to całe zamieszanie? Otóż właścicielem gruntu pod blokiem numer 11 jest nasza Spółdzielnia Mieszkaniowa (zarządzana przez AO), natomiast grunt pod czterema ostatnimi klatkami tegoż bloku jest czyjąś własnością prywatną, więc postanowiono blok podzielić na dwa numery. Proste, prawda? A co jeśli właściciel gruntu będzie chciał go zagospodarować według własnego uznania? Wyburzą cztery klatki, czy potną blok jak tort urodzinowy oblany gęstym, truflowym sosem? Dodam, że mieszkania w moim bloku to mieszkania własnościowe, wykupione przez mieszkańców. No witki mi opadły...  Jako atrakcyjną ciekawostkę dodam, że obok wieżowca numer 20 na moim osiedlu był posterunek policji. Posterunek przeniesiono, baraki wyburzono i teraz w tej dziurze pomiędzy wieżowcami nr 20, 7 i 9, a blokiem nr 4 budowany jest nowy wieżowiec. Zgadnijcie, jaki będzie miał numer... 20a! Osiedle natomiast nazywa się Przyjaźni (w domyśle Polsko-Radzieckiej).  Zdjęcia paszportowe (12 szt.) - 48,- Wymiana prawa jazdy - 80,- Nowa legitymacja studencka - 17,- Życie w absurdzie - BEZCENNE!  [Czy to jakiś żart?]{/pl}111510students.pl19/a/2010/03/10/stock-photo-house-address-plate-number-16401217.jpgKinga SobierajskakrufkasCommunitypostChata-polska-czyli-o-housie-niekoniecznie-z-medycznego-punktu-widzeniaWed, 10 Mar 2010 01:32:30 +0100http://files.students.ch/uploads/a/2010/03/10/stock-photo-house-address-plate-number-16401217.jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/35784/Chata-polska-czyli-o-housie-niekoniecznie-z-medycznego-punktu-widzenia/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/35784/Chata-polska-czyli-o-housie-niekoniecznie-z-medycznego-punktu-widzenia<title>Chata polska, czyli o "housie", niekoniecznie z medycznego punktu widzenia...</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/35784/Chata-polska-czyli-o-housie-niekoniecznie-z-medycznego-punktu-widzenia/trackrss</guid><description>O administracji w naszym Państwie można by mówić wiele. Ja jednak, w moim krótkim, aczkolwiek treściwym poście chciałabym się skupić na rzeczy banalnej, a mianowicie na... numeracji domów. Osobiście słyszałam o pewnej polskiej wsi, która składa się z jednej, długiej ulicy. Nowi mieszkańcy więc dobudowują sobie domki raz z jednej, raz z drugiej strony. Ponieważ nowe domy są budowane także przed numerem pierwszym, numeracja budynków (a co za tym idzie zmiana dowodów osobistych wszystkich mieszkańców ulicy) odbywa się cyklicznie. Wszakże rosnąca numeracja domów przy ulicy musi zostać zachowana. Słyszałam też o ulicy (w innej polskiej wsi), gdzie połowa mieszkańców zapragnęła mieć dom z numerem 1 (że niby taki prestiżowy), w związku z czym pół ulicy stanowią budynki o numerach 1a, 1b, 1c, 1d... I tak dalej. No i z prestiżu raczej nici...  Sytuacja, o której chcę opowiedzieć (i która dotknęła mnie bezpośrednio) rozgrywa się jednak nie na wsi, a w miejskim blokowisku (i mam na myśli bardzo duże miasto). Pominę może fakt, że sądząc po rozmieszczeniu budynków, osiedle zostało postawione w dość dziwaczny sposób. Obok numeru 10 znajduje się numer 4, a pomiędzy numerami 19 i 20 znajdują się cztery inne bloki, z numerem 11 (w którym mieszkam) włącznie, natomiast numer 23 sąsiaduje z numerem 2. Nawet nie macie pojęcia ile zagubionych osób, przyjeżdżając do rodziny, codziennie pyta o drogę. Ostatnio nawet karetka na sygnale się zgubiła...   Do wczoraj byłam skłonna uparcie twierdzić, że w tym kraju nic mnie już nie zdziwi. Ale oto wszelkie moje złudzenia zostały skutecznie rozwiane. Wczoraj wieczorem bowiem zapukała do moich drzwi dozorczyni, wręczając mi pismo od Administracji Osiedla. AO zarządziła co następuje: Mój blok o numerze 11 składa się z parteru i czterech pięter. Posiada 21 połączonych ze sobą klatek schodowych (numerowanych od a do u), po 10 mieszkań w każdej klatce. Administracja zadecydowała, że od wczoraj cztery ostatnie klatki (w tym moja - u) będą stanowić osobny budynek o numerze 11a, podczas gdy połączone z nimi pozostałe klatki (wyczujcie sytuację: to jest JEDEN długi blok) nadal będą miały numer 11. W związku z zaistniałą sytuacją, wszyscy mieszkańcy dotychczasowych klatek r, s, t i u mają obowiązek wymiany dowodów osobistych w terminie trzech miesięcy od dnia wczorajszego. (Przepraszam, a adres zameldowania z powodu jednej literki też mamy zmienić we wszystkich urzędach?) Żeby sytuacja była jeszcze bardziej groteskowa, pomiędzy blokami stoi domek (taki samotniczek), o numerze 11w (czyli jakby jeszcze za moją klatką). Domek pozostaje jako numer 11. Bez a.   Dlaczego to całe zamieszanie? Otóż właścicielem gruntu pod blokiem numer 11 jest nasza Spółdzielnia Mieszkaniowa (zarządzana przez AO), natomiast grunt pod czterema ostatnimi klatkami tegoż bloku jest czyjąś własnością prywatną, więc postanowiono blok podzielić na dwa numery. Proste, prawda? A co jeśli właściciel gruntu będzie chciał go zagospodarować według własnego uznania? Wyburzą cztery klatki, czy potną blok jak tort urodzinowy oblany gęstym, truflowym sosem? Dodam, że mieszkania w moim bloku to mieszkania własnościowe, wykupione przez mieszkańców. No witki mi opadły...  Jako atrakcyjną ciekawostkę dodam, że obok wieżowca numer 20 na moim osiedlu był posterunek policji. Posterunek przeniesiono, baraki wyburzono i teraz w tej dziurze pomiędzy wieżowcami nr 20, 7 i 9, a blokiem nr 4 budowany jest nowy wieżowiec. Zgadnijcie, jaki będzie miał numer... 20a! Osiedle natomiast nazywa się Przyjaźni (w domyśle Polsko-Radzieckiej).  Zdjęcia paszportowe (12 szt.) - 48,- Wymiana prawa jazdy - 80,- Nowa legitymacja studencka - 17,- Życie w absurdzie - BEZCENNE!  [Czy to jakiś żart?]
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/35784/Chata-polska-czyli-o-housie-niekoniecznie-z-medycznego-punktu-widzenia/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/35784/Chata-polska-czyli-o-housie-niekoniecznie-z-medycznego-punktu-widzenia/trackrss</link><pubDate>Wed, 10 Mar 2010 01:32:30 +0100</pubDate></item>
    <item>356881265582886862010-03-08 01:20:272010-03-09 02:38:102010-03-08 01:20:272010-03-08 07:51:59{pl}"Alicja w Krainie Czarów", czyli co łączy gawrona i sekretarzyk{/pl}{pl}Nie jestem kinomanką - do kina wybieram się 1-3 razy w roku. Na co dzień nie interesuję się kinem, oglądam mało filmów. Film, żebym chciała go obejrzeć, musi mieć "to coś". Będąc moderatorem filmowej grupy dyskusyjnej przywykłam do oglądania wartościowych filmów z kartką i ołówkiem. Cenię sobie możliwość zatrzymania filmu i obejrzenia interesującej sceny jeszcze raz, dlatego zdecydowanie wolę DVD czy VCR. Kiedy pojawiły się plakaty z "Alicją" uznałam, że właśnie ten film chciałabym zobaczyć podczas mojej dorocznej wizyty w kinie. Film zajmuje drugie miejsce w rankingu Filmweb.pl. Czy zasłużenie? Tego nie wiem. Moim zdaniem w przypadku "Alicji" sprawdza się stara życiowa prawda, że "satysfakcja z seansu jest odwrotnie proporcjonalna do oczekiwań wobec niego".   Wszyscy znamy opowieść o złotowłosej dziewczynce w niebieskiej sukience, która podążając za białym królikiem wpada do dziury i przenosi się do fantastycznego, trochę (?!) dziwnego świata, w którym baśniowe stwory mówiące ludzkim głosem obchodzą nie-urodziny, gąsienice palą fajki, a kwiaty śpiewają. Natomiast Linda Woolverton - scenarzystka, ta od "Króla Lwa" - wpadła na dość średni pomysł, żeby nieco urozmaicić opowieść o Alicji. Oto nasza bohaterka nie jest już małą dziewczynką, a dziewiętnastolatką z krwi i kości. Żyje sobie wśród arystokracji i wszyscy oczekują od niej, że poślubi młodego lorda, którego, z całym szacunkiem, nie wiem skąd wytrzasnęli. Koleś jest tak obleśny, że nawet jakby mi dopłacili i zapewnili status królowej, to i tak bym za niego nie wyszła. (Tutaj ukłon w stronę aktora - Leo Billa, bo nieźle się chłopak wczuł w rolę). Koniec końców przed pochopną decyzją zamążpójścia Alicję ratuje biały królik, dziewczyna wpada do dziury i... Jak na iMax wpadanie do dziury było jedynym zachwycającym momentem w technologii 3D. Po tym jak jakiś śmieciowy fortepian przeleciał mi koło głowy nic szczególnego już się nie wydarzyło. Dalej Alicja pije tajemniczy płyn z karteczką "Drink Me" (nie chcecie wiedzieć z czego jest zrobiony...), je ciasteczko z napisem "Eat Me" i tak na zmianę. Ze starą Alicją łączy ją tylko to, że... No właśnie, co? Może to, że już kiedyś była w Krainie Czarów, ale o tym nie wie, a postacie zamieszkujące ten dziwny świat śnią jej się co noc. Dlaczego pomysł tak drastycznych zmian w scenariuszu uważam za średni? Chyba niepotrzebnie zmieniać coś, co już jest dobre.    Przyznam szczerze, że nie znam filmów Tima Burtona. Może i dobrze, bo "Alicję" mogę rozpatrzyć bez porównywania jej do pozostałych obrazów reżysera. Czekałam na ten film od kiedy pojawiły się pierwsze plakaty reklamowe. Moją uwagę przykuła postać Johnnego Deppa w roli Szalonego Kapelusznika. Nigdy nie przepadałam za tą postacią, jednak Depp sprawia, że Kapelusznik daje się polubić. (Na marginesie scenarzystka chyba za bardzo się rozpędziła, bo chwilami odnosiłam wrażenie, że "Alicja" zaraz przeistoczy się w jakiś romans. No, ale nie chcę zdradzać szczegółów i nie, nie mam na myśli Czerwonej Królowej i Skazeusza!) Chociaż ogonki do kasy biletowej ustawiają się głównie za sprawą Deppa, to drugi laur należy się Helenie Bonham Carter za rolę Królowej Kier. Z powiększoną dwukrotnie głową i makijażem rodem z cyrku prezentuje się naprawdę... ponętnie? Burtonowi chyba rzeczywiście zależy na tym, żeby nikt mu nie podprowadził jego pięknej narzeczonej. Anne Hathaway w roli siostry Królowej Kier - Białej Królowej, ze swoimi zabawnymi, łagodnymi ruchami też prezentuje się całkiem nieźle. Nie zrozumiałam tylko skąd u BIAŁEJ Królowej, która CAŁA jest biała, te czarne brwi, usta i paznokcie. Najgorzej z obsady wypada chyba sama Alicja, czyli Mia Wasikowska. Moim zdaniem jest po prostu przeciętna na tle pozostałych gwiazd. Ale młoda jest, wyrobi się.   Jeśli chodzi o polski dubbing, to w przypadku "Alicji" nie trzeba się niczego obawiać. Ukłony należą się przede wszystkim Katarzynie Figurze za Czerwoną Królową. W połączeniu z zalotnymi tekstami skierowanymi z jej ust do Skazeusza brzmi to naprawdę fajnie. Tytułową Alicję dubbinguje mało znana, młoda aktorka serialowa Marta Wierzbicka (kojarzona głównie z roli Oli w "Na Wspólnej"). Jak na debiut w użyczaniu głosu poradziła sobie całkiem nieźle. Małgorzata Kożuchowska jako Biała Królowa nie dała może jakiegoś spektakularnego popisu, ale wypadła całkiem dobrze. Gorzej z Cezarym Pazurą, bo podejrzewam, że pomimo jego usilnych starań widzowie woleliby jednak posłuchać Deppa. Całość prezentuje się fajnie, jest trochę gagów i śmiesznych wypowiedzi, które rozluźniają atmosferę w najbardziej napiętych momentach.    Wizualnie rzecz ujmując - film jest ładny. Tajemnicza sceneria jest przepełniona ciekawymi, baśniowymi elementami. Bardzo efektownie prezentują się kostiumy, podobnie jak charakteryzacja. Jednak, jak zauważają bohaterowie już na początku filmu "Alicja to nie TA Alicja" - do samego końca widz odnosi podobne wrażenie. Porównałabym "Alicję w Krainie Czarów" do średniej kopii "Opowieści z Narnii". Mamy nastolatkę, która może i nie wpada do szafy, ale do dziury, lecz tak samo spotyka baśniowe stworzenia żyjące w dziwnym świecie i zwierzęta mówiące po ludzku i przy pomocy otrzymanego wyposażenia musi pokonać złą królową, a na koniec strona dobra i strona zła naparzają się wzajemnie w wielkiej bitwie, od której zależy istnienie owego świata. W porównanie do "Narnii" opowieść o Alicji wypada słabiej. Jest uboga w bohaterów i odnosi się wrażenie jakby Kraina Czarów była światem o wiele mniejszym niż Narnia. Niemniej jednak film ma swój klimat. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że film mi się nie podobał, aczkolwiek po wyjściu z kina czułam pewien niedosyt. odniosłam wrażenie, że czegoś w nim brakowało. Mogę go polecić jako niezłą rozrywkę, ale technologia 3D gdzieś tu trochę podupadła i nie jestem pewna, czy warto dopłacić do biletu, żeby wybrać się do iMaxa. Gdybym miała obejrzeć "Alicję" drugi raz zdecydowanie wybrałabym tradycyjną salę kinową. Jeden z recenzentów zakończył swoją wypowiedź na temat "Alicji" następująco: Oryginał Carrolla został bez czułości potraktowany wałkiem kuchennym – teraz jest płaski i długi.  Ciasto z niego ładne, ale nie tak smaczne, na jakie wygląda. Podpisuję się pod tymi słowami prawą, a nawet i lewą ręką. Film jest po prostu dobry, ale nie zachwyca. I dla Broken Kittie - Kot z Cheshire Fotki: Filmweb.pl P.S. I co do cholery łączy tego gawrona i sekretarzyk?!{/pl}117910students.pl15/a/2010/03/08/alicja_189x200.jpgKinga SobierajskakrufkasCommunitypostAlicja-w-Krainie-Czarow-czyli-co-laczy-gawrona-i-sekretarzykMon, 08 Mar 2010 01:20:27 +0100http://files.students.ch/uploads/a/2010/03/08/alicja_189x200.jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/35688/Alicja-w-Krainie-Czarow-czyli-co-laczy-gawrona-i-sekretarzyk/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/35688/Alicja-w-Krainie-Czarow-czyli-co-laczy-gawrona-i-sekretarzyk<title>"Alicja w Krainie Czarów", czyli co łączy gawrona i sekretarzyk</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/35688/Alicja-w-Krainie-Czarow-czyli-co-laczy-gawrona-i-sekretarzyk/trackrss</guid><description>Nie jestem kinomanką - do kina wybieram się 1-3 razy w roku. Na co dzień nie interesuję się kinem, oglądam mało filmów. Film, żebym chciała go obejrzeć, musi mieć "to coś". Będąc moderatorem filmowej grupy dyskusyjnej przywykłam do oglądania wartościowych filmów z kartką i ołówkiem. Cenię sobie możliwość zatrzymania filmu i obejrzenia interesującej sceny jeszcze raz, dlatego zdecydowanie wolę DVD czy VCR. Kiedy pojawiły się plakaty z "Alicją" uznałam, że właśnie ten film chciałabym zobaczyć podczas mojej dorocznej wizyty w kinie. Film zajmuje drugie miejsce w rankingu Filmweb.pl. Czy zasłużenie? Tego nie wiem. Moim zdaniem w przypadku "Alicji" sprawdza się stara życiowa prawda, że "satysfakcja z seansu jest odwrotnie proporcjonalna do oczekiwań wobec niego".   Wszyscy znamy opowieść o złotowłosej dziewczynce w niebieskiej sukience, która podążając za białym królikiem wpada do dziury i przenosi się do fantastycznego, trochę (?!) dziwnego świata, w którym baśniowe stwory mówiące ludzkim głosem obchodzą nie-urodziny, gąsienice palą fajki, a kwiaty śpiewają. Natomiast Linda Woolverton - scenarzystka, ta od "Króla Lwa" - wpadła na dość średni pomysł, żeby nieco urozmaicić opowieść o Alicji. Oto nasza bohaterka nie jest już małą dziewczynką, a dziewiętnastolatką z krwi i kości. Żyje sobie wśród arystokracji i wszyscy oczekują od niej, że poślubi młodego lorda, którego, z całym szacunkiem, nie wiem skąd wytrzasnęli. Koleś jest tak obleśny, że nawet jakby mi dopłacili i zapewnili status królowej, to i tak bym za niego nie wyszła. (Tutaj ukłon w stronę aktora - Leo Billa, bo nieźle się chłopak wczuł w rolę). Koniec końców przed pochopną decyzją zamążpójścia Alicję ratuje biały królik, dziewczyna wpada do dziury i... Jak na iMax wpadanie do dziury było jedynym zachwycającym momentem w technologii 3D. Po tym jak jakiś śmieciowy fortepian przeleciał mi koło głowy nic szczególnego już się nie wydarzyło. Dalej Alicja pije tajemniczy płyn z karteczką "Drink Me" (nie chcecie wiedzieć z czego jest zrobiony...), je ciasteczko z napisem "Eat Me" i tak na zmianę. Ze starą Alicją łączy ją tylko to, że... No właśnie, co? Może to, że już kiedyś była w Krainie Czarów, ale o tym nie wie, a postacie zamieszkujące ten dziwny świat śnią jej się co noc. Dlaczego pomysł tak drastycznych zmian w scenariuszu uważam za średni? Chyba niepotrzebnie zmieniać coś, co już jest dobre.    Przyznam szczerze, że nie znam filmów Tima Burtona. Może i dobrze, bo "Alicję" mogę rozpatrzyć bez porównywania jej do pozostałych obrazów reżysera. Czekałam na ten film od kiedy pojawiły się pierwsze plakaty reklamowe. Moją uwagę przykuła postać Johnnego Deppa w roli Szalonego Kapelusznika. Nigdy nie przepadałam za tą postacią, jednak Depp sprawia, że Kapelusznik daje się polubić. (Na marginesie scenarzystka chyba za bardzo się rozpędziła, bo chwilami odnosiłam wrażenie, że "Alicja" zaraz przeistoczy się w jakiś romans. No, ale nie chcę zdradzać szczegółów i nie, nie mam na myśli Czerwonej Królowej i Skazeusza!) Chociaż ogonki do kasy biletowej ustawiają się głównie za sprawą Deppa, to drugi laur należy się Helenie Bonham Carter za rolę Królowej Kier. Z powiększoną dwukrotnie głową i makijażem rodem z cyrku prezentuje się naprawdę... ponętnie? Burtonowi chyba rzeczywiście zależy na tym, żeby nikt mu nie podprowadził jego pięknej narzeczonej. Anne Hathaway w roli siostry Królowej Kier - Białej Królowej, ze swoimi zabawnymi, łagodnymi ruchami też prezentuje się całkiem nieźle. Nie zrozumiałam tylko skąd u BIAŁEJ Królowej, która CAŁA jest biała, te czarne brwi, usta i paznokcie. Najgorzej z obsady wypada chyba sama Alicja, czyli Mia Wasikowska. Moim zdaniem jest po prostu przeciętna na tle pozostałych gwiazd. Ale młoda jest, wyrobi się.   Jeśli chodzi o polski dubbing, to w przypadku "Alicji" nie trzeba się niczego obawiać. Ukłony należą się przede wszystkim Katarzynie Figurze za Czerwoną Królową. W połączeniu z zalotnymi tekstami skierowanymi z jej ust do Skazeusza brzmi to naprawdę fajnie. Tytułową Alicję dubbinguje mało znana, młoda aktorka serialowa Marta Wierzbicka (kojarzona głównie z roli Oli w "Na Wspólnej"). Jak na debiut w użyczaniu głosu poradziła sobie całkiem nieźle. Małgorzata Kożuchowska jako Biała Królowa nie dała może jakiegoś spektakularnego popisu, ale wypadła całkiem dobrze. Gorzej z Cezarym Pazurą, bo podejrzewam, że pomimo jego usilnych starań widzowie woleliby jednak posłuchać Deppa. Całość prezentuje się fajnie, jest trochę gagów i śmiesznych wypowiedzi, które rozluźniają atmosferę w najbardziej napiętych momentach.    Wizualnie rzecz ujmując - film jest ładny. Tajemnicza sceneria jest przepełniona ciekawymi, baśniowymi elementami. Bardzo efektownie prezentują się kostiumy, podobnie jak charakteryzacja. Jednak, jak zauważają bohaterowie już na początku filmu "Alicja to nie TA Alicja" - do samego końca widz odnosi podobne wrażenie. Porównałabym "Alicję w Krainie Czarów" do średniej kopii "Opowieści z Narnii". Mamy nastolatkę, która może i nie wpada do szafy, ale do dziury, lecz tak samo spotyka baśniowe stworzenia żyjące w dziwnym świecie i zwierzęta mówiące po ludzku i przy pomocy otrzymanego wyposażenia musi pokonać złą królową, a na koniec strona dobra i strona zła naparzają się wzajemnie w wielkiej bitwie, od której zależy istnienie owego świata. W porównanie do "Narnii" opowieść o Alicji wypada słabiej. Jest uboga w bohaterów i odnosi się wrażenie jakby Kraina Czarów była światem o wiele mniejszym niż Narnia. Niemniej jednak film ma swój klimat. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że film mi się nie podobał, aczkolwiek po wyjściu z kina czułam pewien niedosyt. odniosłam wrażenie, że czegoś w nim brakowało. Mogę go polecić jako niezłą rozrywkę, ale technologia 3D gdzieś tu trochę podupadła i nie jestem pewna, czy warto dopłacić do biletu, żeby wybrać się do iMaxa. Gdybym miała obejrzeć "Alicję" drugi raz zdecydowanie wybrałabym tradycyjną salę kinową. Jeden z recenzentów zakończył swoją wypowiedź na temat "Alicji" następująco: Oryginał Carrolla został bez czułości potraktowany wałkiem kuchennym – teraz jest płaski i długi.  Ciasto z niego ładne, ale nie tak smaczne, na jakie wygląda. Podpisuję się pod tymi słowami prawą, a nawet i lewą ręką. Film jest po prostu dobry, ale nie zachwyca. I dla Broken Kittie - Kot z Cheshire Fotki: Filmweb.pl P.S. I co do cholery łączy tego gawrona i sekretarzyk?!
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/35688/Alicja-w-Krainie-Czarow-czyli-co-laczy-gawrona-i-sekretarzyk/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/35688/Alicja-w-Krainie-Czarow-czyli-co-laczy-gawrona-i-sekretarzyk/trackrss</link><pubDate>Mon, 08 Mar 2010 01:20:27 +0100</pubDate></item>
    <item>356101265582880302010-03-06 01:32:532010-03-06 02:30:112010-03-06 01:32:532010-03-07 20:07:55{pl}Lorem Ipsum{/pl}{pl}Zapewne każdy z nas spotkał się kiedyś z fragmentem tekstu rozpoczynającym się od dziwnie brzmiących słów "Lorem ipsum...". Tekst kultowy niczym garbus, bary mleczne, krem Nivea, Pani Walewska i papierosy Extra Mocne light bez filtra, albo inne Klubowe czy Popularne. Ja posunęłam się o krok dalej. Pewnego dnia, na zajęciach ze specjalizacji (aplikacje internetowe) użyłam Lorem ipsum jako przykładowego tekstu dla strony, którą właśnie tworzyłam. Z braku ciekawszych rzeczy do roboty i z czystej, krowiej ciekawości zaczęłam zastanawiać się dlaczego właśnie "Lorem ipsum"?  O co chodzi z "Lorem ipsum"? Lorem ipsum to tekst stosowany jako przykładowy wypełniacz w przemyśle poligraficznym. Po raz pierwszy użyty został w XV wieku, kiedy to pewien nieznany drukarz zastosował go do wypełnienia próbnej książki. 500 lat później tekst znalazł zastosowanie w przemyśle elektronicznym, w prawie niezmienionej formie. Wzrost popularności Lorem ipsum datuje się na lata '60 XX wieku. Obecnie teskt ten jest wykorzystywany głównie w szablonach stron internetowych, wzorach druków i dokumentów, a także w oprogramowaniu przeznaczonym do publikacji tekstów, jako przykładowe wypełnienie.   Trochę historii... Lorem ipsum nie jest, jak powszechnie sądzono, jedynie przypadkowym tekstem. Jego korzenie sięgają ponad 2000 lat wstecz! A dokładniej jego zalążki odnaleźć można w klasycznej, łacińskiej literaturze z 45 roku przed Chrystusem. Wiemy to dzięki jednemu z wykładowców łaciny na Uniwersytecie Hampden-Sydney w Virginii. Richard McClintock postanowił przyjrzeć się bliżej jednemu z najbardziej niejasnych słów w tekście - "consectetur". Po wielu poszukiwaniach odnalazł źródło. Pierwszy wers - „Lorem ipsum dolor sit amet...” - pochodzi z bardzo popularnej w czasach renesansu rozprawy Cycerona na temat etyki, zatytułowanej „de Finibus Bonorum et Malorum”, czyli „O granicy dobra i zła”. Pozycja ta została napisana właśnie w 45 roku przed naszą erą! Początek "Lorem ipsum" można odnaleźć w sekcji 1.10.32, a dalszą część w sekcji 1.10.33. Porównując oba teksty ma się takie wrażenie układanie puzzli...  Oto przed Wami standardowa wersja Lorem ipsum, stosowana od XV wieku: Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum.  A teraz porównanie z rozprawą Cycerona: [1.10.32]  Sed ut perspiciatis, unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam eaque ipsa, quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt, explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem, quia voluptas sit, aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos, qui ratione voluptatem sequi nesciunt, neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum, quia dolor sit, amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt, ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur? Quis autem vel eum iure reprehenderit, qui in ea voluptate velit esse, quam nihil molestiae consequatur, vel illum, qui dolorem eum fugiat, quo voluptas nulla pariatur?  [1.10.33] At vero eos et accusamus et iusto odio dignissimos ducimus, qui blanditiis praesentium voluptatum deleniti atque corrupti, quos dolores et quas molestias excepturi sint, obcaecati cupiditate non provident, similique sunt in culpa, qui officia deserunt mollitia animi, id est laborum et dolorum fuga. Et harum quidem rerum facilis est et expedita distinctio. Nam libero tempore, cum soluta nobis est eligendi optio, cumque nihil impedit, quo minus id, quod maxime placeat, facere possimus, omnis voluptas assumenda est, omnis dolor repellendus. Temporibus autem quibusdam et aut officiis debitis aut rerum necessitatibus saepe eveniet, ut et voluptates repudiandae sint et molestiae non recusandae. Itaque earum rerum hic tenetur a sapiente delectus, ut aut reiciendis voluptatibus maiores alias consequatur aut perferendis doloribus asperiores repellat.   Dlaczego "Lorem ipsum"? Fascynujące, prawda? Wszyscy twórcy stron internetowych znają pewną prostą zasadę - wypełnienie strony tekstem w niezrozumiałym dla odbiorcy języku pozwala mu się skoncentrować na samym wyglądzie szablonu. Lorem ipsum ma przy tym jeszcze jedną mocną stronę - jest szeregiem zdań, a więc prezentuje się w szablonie tak, jak będzie się prezentowała normalna zawartość strony. Wielu webmasterów korzysta z tego przykładowego wypełniacza, dlatego wpisując w wyszukiwarkę "lorem ipsum" znajdziemy wiele stron internetowych, będących jeszcze w budowie. Skoro mamy Lorem ipsum, nie warto wklepywać milion pięćset sto dziewięćset razy słowa "tekst". I tu ciekawostka: w łacinie niektóre z obecnie używanych liter były stosowane bardzo rzadko (np. k lub z), albo też, tak jak litery w, nie było ich wcale. Dlatego obecnie możemy spotkać różne wersje Lorem ipsum, poszerzone o wszystkie znaki. Można również spotkać wersje humorystyczne, dlatego jeśli decydujemy się na zastosowanie w naszym szablonie Lorem ipsum, warto sprawdzić, czy nie kryje się w środku jakiś niepożądany fragment. Pomocny generator takiego wypełniacza, bazującego na Lorem ipsum znajdziecie na lipsum.com.  Co to wszystko znaczy? Na zakończenie rzecz, która interesowała mnie najbardziej. Skoro Lorem ipsum nie jest przypadkowym tekstem, to jakie jest jego znaczenie? Poniżej zamieszczam pochodzące z Wikipedii polskie tłumaczenie (autor nieznany). Bazuje ono na oryginalnym angielskim tłumaczeniu H. Rackhama z 1914 roku (jak ktoś ma taką potrzebę, to w linku powyżej można je znaleźć). Polska wersja brzmi mniej więcej tak:  "Nie ma zatem takiego człowieka, który kocha cierpienie samo w sobie, kto by do niego dążył lub chciał go doświadczyć, tylko dlatego, że jest to cierpienie, a dlatego, że czasami zdarzają się takie okoliczności, w których to cierpienie może doprowadzić go do jakiejś wielkiej przyjemności. Dając przykład banalny: któż z nas kiedyś nie podejmował się trudnego wysiłku fizycznego mając na względzie uzyskanie z tego korzyści? Kto ma jakiekolwiek prawo obwiniać człowieka, który wybiera przyjemność nie wiążącą się z przykrymi konsekwencjami, albo tego, kto unika takiego cierpienia, które nie prowadzi do przyjemności?" (i dalej: "jednocześnie potępiamy ze słusznym oburzeniem i czujemy niechęć do ludzi, którzy są tak owładnięci urokami nietrwałej przyjemności, tak zaślepieni jej pragnieniem, że nie dostrzegają, iż następstwem ich postępowania będą z pewnością cierpienie i trudności.")   Spoglądając w Internecie na "Lorem ipsum..." mieliście pojęcie, że jest właśnie o tym?  Foto: aptmediainc.com; apple.com; beekay.biz; dannychiarelli.com{/pl}110310students.pl11/a/2010/03/06/loremipsum.jpgKinga SobierajskakrufkasCommunitypostLorem-IpsumSat, 06 Mar 2010 01:32:53 +0100http://files.students.ch/uploads/a/2010/03/06/loremipsum.jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/35610/Lorem-Ipsum/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/35610/Lorem-Ipsum<title>Lorem Ipsum</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/35610/Lorem-Ipsum/trackrss</guid><description>Zapewne każdy z nas spotkał się kiedyś z fragmentem tekstu rozpoczynającym się od dziwnie brzmiących słów "Lorem ipsum...". Tekst kultowy niczym garbus, bary mleczne, krem Nivea, Pani Walewska i papierosy Extra Mocne light bez filtra, albo inne Klubowe czy Popularne. Ja posunęłam się o krok dalej. Pewnego dnia, na zajęciach ze specjalizacji (aplikacje internetowe) użyłam Lorem ipsum jako przykładowego tekstu dla strony, którą właśnie tworzyłam. Z braku ciekawszych rzeczy do roboty i z czystej, krowiej ciekawości zaczęłam zastanawiać się dlaczego właśnie "Lorem ipsum"?  O co chodzi z "Lorem ipsum"? Lorem ipsum to tekst stosowany jako przykładowy wypełniacz w przemyśle poligraficznym. Po raz pierwszy użyty został w XV wieku, kiedy to pewien nieznany drukarz zastosował go do wypełnienia próbnej książki. 500 lat później tekst znalazł zastosowanie w przemyśle elektronicznym, w prawie niezmienionej formie. Wzrost popularności Lorem ipsum datuje się na lata '60 XX wieku. Obecnie teskt ten jest wykorzystywany głównie w szablonach stron internetowych, wzorach druków i dokumentów, a także w oprogramowaniu przeznaczonym do publikacji tekstów, jako przykładowe wypełnienie.   Trochę historii... Lorem ipsum nie jest, jak powszechnie sądzono, jedynie przypadkowym tekstem. Jego korzenie sięgają ponad 2000 lat wstecz! A dokładniej jego zalążki odnaleźć można w klasycznej, łacińskiej literaturze z 45 roku przed Chrystusem. Wiemy to dzięki jednemu z wykładowców łaciny na Uniwersytecie Hampden-Sydney w Virginii. Richard McClintock postanowił przyjrzeć się bliżej jednemu z najbardziej niejasnych słów w tekście - "consectetur". Po wielu poszukiwaniach odnalazł źródło. Pierwszy wers - „Lorem ipsum dolor sit amet...” - pochodzi z bardzo popularnej w czasach renesansu rozprawy Cycerona na temat etyki, zatytułowanej „de Finibus Bonorum et Malorum”, czyli „O granicy dobra i zła”. Pozycja ta została napisana właśnie w 45 roku przed naszą erą! Początek "Lorem ipsum" można odnaleźć w sekcji 1.10.32, a dalszą część w sekcji 1.10.33. Porównując oba teksty ma się takie wrażenie układanie puzzli...  Oto przed Wami standardowa wersja Lorem ipsum, stosowana od XV wieku: Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim id est laborum.  A teraz porównanie z rozprawą Cycerona: [1.10.32]  Sed ut perspiciatis, unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam eaque ipsa, quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt, explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem, quia voluptas sit, aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos, qui ratione voluptatem sequi nesciunt, neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum, quia dolor sit, amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt, ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur? Quis autem vel eum iure reprehenderit, qui in ea voluptate velit esse, quam nihil molestiae consequatur, vel illum, qui dolorem eum fugiat, quo voluptas nulla pariatur?  [1.10.33] At vero eos et accusamus et iusto odio dignissimos ducimus, qui blanditiis praesentium voluptatum deleniti atque corrupti, quos dolores et quas molestias excepturi sint, obcaecati cupiditate non provident, similique sunt in culpa, qui officia deserunt mollitia animi, id est laborum et dolorum fuga. Et harum quidem rerum facilis est et expedita distinctio. Nam libero tempore, cum soluta nobis est eligendi optio, cumque nihil impedit, quo minus id, quod maxime placeat, facere possimus, omnis voluptas assumenda est, omnis dolor repellendus. Temporibus autem quibusdam et aut officiis debitis aut rerum necessitatibus saepe eveniet, ut et voluptates repudiandae sint et molestiae non recusandae. Itaque earum rerum hic tenetur a sapiente delectus, ut aut reiciendis voluptatibus maiores alias consequatur aut perferendis doloribus asperiores repellat.   Dlaczego "Lorem ipsum"? Fascynujące, prawda? Wszyscy twórcy stron internetowych znają pewną prostą zasadę - wypełnienie strony tekstem w niezrozumiałym dla odbiorcy języku pozwala mu się skoncentrować na samym wyglądzie szablonu. Lorem ipsum ma przy tym jeszcze jedną mocną stronę - jest szeregiem zdań, a więc prezentuje się w szablonie tak, jak będzie się prezentowała normalna zawartość strony. Wielu webmasterów korzysta z tego przykładowego wypełniacza, dlatego wpisując w wyszukiwarkę "lorem ipsum" znajdziemy wiele stron internetowych, będących jeszcze w budowie. Skoro mamy Lorem ipsum, nie warto wklepywać milion pięćset sto dziewięćset razy słowa "tekst". I tu ciekawostka: w łacinie niektóre z obecnie używanych liter były stosowane bardzo rzadko (np. k lub z), albo też, tak jak litery w, nie było ich wcale. Dlatego obecnie możemy spotkać różne wersje Lorem ipsum, poszerzone o wszystkie znaki. Można również spotkać wersje humorystyczne, dlatego jeśli decydujemy się na zastosowanie w naszym szablonie Lorem ipsum, warto sprawdzić, czy nie kryje się w środku jakiś niepożądany fragment. Pomocny generator takiego wypełniacza, bazującego na Lorem ipsum znajdziecie na lipsum.com.  Co to wszystko znaczy? Na zakończenie rzecz, która interesowała mnie najbardziej. Skoro Lorem ipsum nie jest przypadkowym tekstem, to jakie jest jego znaczenie? Poniżej zamieszczam pochodzące z Wikipedii polskie tłumaczenie (autor nieznany). Bazuje ono na oryginalnym angielskim tłumaczeniu H. Rackhama z 1914 roku (jak ktoś ma taką potrzebę, to w linku powyżej można je znaleźć). Polska wersja brzmi mniej więcej tak:  "Nie ma zatem takiego człowieka, który kocha cierpienie samo w sobie, kto by do niego dążył lub chciał go doświadczyć, tylko dlatego, że jest to cierpienie, a dlatego, że czasami zdarzają się takie okoliczności, w których to cierpienie może doprowadzić go do jakiejś wielkiej przyjemności. Dając przykład banalny: któż z nas kiedyś nie podejmował się trudnego wysiłku fizycznego mając na względzie uzyskanie z tego korzyści? Kto ma jakiekolwiek prawo obwiniać człowieka, który wybiera przyjemność nie wiążącą się z przykrymi konsekwencjami, albo tego, kto unika takiego cierpienia, które nie prowadzi do przyjemności?" (i dalej: "jednocześnie potępiamy ze słusznym oburzeniem i czujemy niechęć do ludzi, którzy są tak owładnięci urokami nietrwałej przyjemności, tak zaślepieni jej pragnieniem, że nie dostrzegają, iż następstwem ich postępowania będą z pewnością cierpienie i trudności.")   Spoglądając w Internecie na "Lorem ipsum..." mieliście pojęcie, że jest właśnie o tym?  Foto: aptmediainc.com; apple.com; beekay.biz; dannychiarelli.com
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/35610/Lorem-Ipsum/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/35610/Lorem-Ipsum/trackrss</link><pubDate>Sat, 06 Mar 2010 01:32:53 +0100</pubDate></item>
    <item>352221265582853252010-02-25 14:46:482010-02-26 10:42:472010-02-25 14:46:482010-03-05 14:38:40{pl}Kanamara Matsuri, czyli japońskie Święto Penisa ;){/pl}{pl}O tym, jak bardzo japońska kultura różni się od naszej mogliście się przekonać z moich poprzednich tekstów, ale wyobraźcie sobie coś takiego: Nadchodzi wiosna, robi się coraz cieplej, na gałęziach sakury (czyli wiśni) widać już rozkwitające pąki, świat budzi się do życia, a ludzie są ogólnie szczęśliwsi.  Piękny obrazek, prawda? No to teraz wyobraźcie sobie co Japończycy robią wiosną. Mieszkańcy wysoko rozwiniętego przemysłowo miasta Kawasaki, mieszczącego się w prefekturze Kanagawa, wychodzą na ulicę, aby celebrować Święto Płodności. Okej, mamy na świecie wiele rodzajów świąt, czy specjalnych dni. Czym zatem różni się Kanamara Matsuri (bo tak nazwa owego japońskiego święta brzmi w oryginale) od np. Dnia Pluszowego Misia? Otóż, tego właśnie dnia przez miasto przelewa się kolorowa parada ludzi z monstrualnych rozmiarów figurą w kształcie... penisa!  Japoński Dzień Płodności powstał w okresie Edo (1603-1867), kiedy to prostytutki odwiedzały świątynie, aby prosić bóstwa o powodzenie w biznesie i ochronę przed syfilisem. Następnie damy owe nosiły po ulicach obraz Wielkiego Penisa. Obecnie święto to jest obchodzone każdego roku w pierwszą niedzielę kwietnia, jako Kanamara Matsuri lub Festival of the Steel Phallus. Jest to dzień oczyszczenia (oni się tam ciągle oczyszczają, jakbyście nie zauważyli), a także event pomagający zbierać fundusze na walkę z wirusem HIV. Tego dnia prosi się także bóstwa o udane małżeństwo, szczęśliwe rozwiązanie i macierzyństwo, jak również i o pomyślność w interesach.  Podczas Kanamara Matsuri odbywa się mnóstwo koncertów, ludzie się bawią i panuje ogólnie wesoła atmosfera. Obchody święta rozpoczynają się występem tańczącej na scenie maiko (młodej gejszy - praktykantki), której towarzyszą mikoshi, czyli takie przenośne ołtarzyki. W ołtarzykach umieszczone są ogromne figury błogosławionych penisów. Następnie ołtarzyki te są niesione w konwoju przypominającym coś pomiędzy procesją (ze względu na kapłanów odprawiających modły) a paradą. Wyobraźcie to sobie: ogromny różowy penis przemierza ulice niesiony przez 10 lub 12 mężczyzn (a czasem i kobiety), którzy wykonując ciałem rytmiczne ruchy góra-dół, intonują pieśni. I tak przez całe miasto... Tego dnia ani widok stojących wzdłuż ulic transwestytów z ustami pomalowanymi krwistoczerwoną szminką i owłosionymi nogami, ani staruszek namiętnie liżących siusiakowe lizaki nikogo nie dziwi.      A skąd druga nazwa - Festival of the Steel Phallus? Istnieje legenda, która mówi o ostrozębnym demonie, który ukrył się w waginie pewnej młodej dziewczyny i wykastrował dwóch niczego nieświadomych panów. Z pomocą zrozpaczonej dziewczynie przyszedł... kowal, który przy użyciu wykutego z żelaza penisa połamał demonowi zęby. Dlatego właśnie w świątyni Kanamara czci się stalowe penisy. Ot i cała filozofia.  Kanamara Matsuri cieszy się szczególnym powodzeniem wśród prostytutek, transwestytów oraz przedstawicieli obu płci o odmiennej orientacji seksualnej niż ta standardowa. Niemniej jednak ani powyższy fakt, ani sama historia powstania Kanamara Matsuri nie przeszkadza mieszkańcom Kawasaki, ani też turystom brać czynnego udziału w obchodach Dnia Płodności. Do wszystkiego przecież można dorobić sobie jakąś ideologię.  Podobnie jak w przypadku innych świąt - komercja nie śpi. Komercja czuwa. Podczas obchodów Kanamara Matsuri jak grzyby po deszczu wyrastają kramiki i straganiki oferujące w swym asortymencie różnorakie słodycze nawiązujące do tematyki Dnia Penisa. Penisowe motywy można znaleźć tam dosłownie wszędzie - na obrazkach, dekoracjach, cukierkach, lizakach, ciasteczkach, fantazyjnie powycinanych warzywach, pamiątkach i innych bzdetach. W Polsce takie rzeczy tylko na Allegro, w Japonii - na legalu. Serio. Zobaczcie z resztą sami. Z góry przepraszam za porównanie, ale cały ten tłum, kapłani i maiko przebrane w białe kimona skojarzyły mi się z procesją na Boże Ciało. A i tak najlepsze jest wystrugiwanie penisów z rzodkwi (na marginesie ta rzodkiew umieszczona w sushi całkiem nieźle smakuje)... Słodkie, prawda? Zdjęcie tytułowe: www.absurdintellectual.com Pozostałe zdjęcia: www.ogindungo.blogspot.com &amp; www.fayerwayer.com{/pl}140510students.pl9/a/2010/02/25/penisfestivalopenpost1_0.jpgKinga SobierajskakrufkasArticlepostKanamara-Matsuri-czyli-japonskie-Swieto-Penisa-Thu, 25 Feb 2010 14:46:48 +0100http://files.students.ch/uploads/a/2010/02/25/penisfestivalopenpost1_0.jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/35222/Kanamara-Matsuri-czyli-japonskie-Swieto-Penisa-/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/35222/Kanamara-Matsuri-czyli-japonskie-Swieto-Penisa-<title>Kanamara Matsuri, czyli japońskie Święto Penisa ;)</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/35222/Kanamara-Matsuri-czyli-japonskie-Swieto-Penisa-/trackrss</guid><description>O tym, jak bardzo japońska kultura różni się od naszej mogliście się przekonać z moich poprzednich tekstów, ale wyobraźcie sobie coś takiego: Nadchodzi wiosna, robi się coraz cieplej, na gałęziach sakury (czyli wiśni) widać już rozkwitające pąki, świat budzi się do życia, a ludzie są ogólnie szczęśliwsi.  Piękny obrazek, prawda? No to teraz wyobraźcie sobie co Japończycy robią wiosną. Mieszkańcy wysoko rozwiniętego przemysłowo miasta Kawasaki, mieszczącego się w prefekturze Kanagawa, wychodzą na ulicę, aby celebrować Święto Płodności. Okej, mamy na świecie wiele rodzajów świąt, czy specjalnych dni. Czym zatem różni się Kanamara Matsuri (bo tak nazwa owego japońskiego święta brzmi w oryginale) od np. Dnia Pluszowego Misia? Otóż, tego właśnie dnia przez miasto przelewa się kolorowa parada ludzi z monstrualnych rozmiarów figurą w kształcie... penisa!  Japoński Dzień Płodności powstał w okresie Edo (1603-1867), kiedy to prostytutki odwiedzały świątynie, aby prosić bóstwa o powodzenie w biznesie i ochronę przed syfilisem. Następnie damy owe nosiły po ulicach obraz Wielkiego Penisa. Obecnie święto to jest obchodzone każdego roku w pierwszą niedzielę kwietnia, jako Kanamara Matsuri lub Festival of the Steel Phallus. Jest to dzień oczyszczenia (oni się tam ciągle oczyszczają, jakbyście nie zauważyli), a także event pomagający zbierać fundusze na walkę z wirusem HIV. Tego dnia prosi się także bóstwa o udane małżeństwo, szczęśliwe rozwiązanie i macierzyństwo, jak również i o pomyślność w interesach.  Podczas Kanamara Matsuri odbywa się mnóstwo koncertów, ludzie się bawią i panuje ogólnie wesoła atmosfera. Obchody święta rozpoczynają się występem tańczącej na scenie maiko (młodej gejszy - praktykantki), której towarzyszą mikoshi, czyli takie przenośne ołtarzyki. W ołtarzykach umieszczone są ogromne figury błogosławionych penisów. Następnie ołtarzyki te są niesione w konwoju przypominającym coś pomiędzy procesją (ze względu na kapłanów odprawiających modły) a paradą. Wyobraźcie to sobie: ogromny różowy penis przemierza ulice niesiony przez 10 lub 12 mężczyzn (a czasem i kobiety), którzy wykonując ciałem rytmiczne ruchy góra-dół, intonują pieśni. I tak przez całe miasto... Tego dnia ani widok stojących wzdłuż ulic transwestytów z ustami pomalowanymi krwistoczerwoną szminką i owłosionymi nogami, ani staruszek namiętnie liżących siusiakowe lizaki nikogo nie dziwi.      A skąd druga nazwa - Festival of the Steel Phallus? Istnieje legenda, która mówi o ostrozębnym demonie, który ukrył się w waginie pewnej młodej dziewczyny i wykastrował dwóch niczego nieświadomych panów. Z pomocą zrozpaczonej dziewczynie przyszedł... kowal, który przy użyciu wykutego z żelaza penisa połamał demonowi zęby. Dlatego właśnie w świątyni Kanamara czci się stalowe penisy. Ot i cała filozofia.  Kanamara Matsuri cieszy się szczególnym powodzeniem wśród prostytutek, transwestytów oraz przedstawicieli obu płci o odmiennej orientacji seksualnej niż ta standardowa. Niemniej jednak ani powyższy fakt, ani sama historia powstania Kanamara Matsuri nie przeszkadza mieszkańcom Kawasaki, ani też turystom brać czynnego udziału w obchodach Dnia Płodności. Do wszystkiego przecież można dorobić sobie jakąś ideologię.  Podobnie jak w przypadku innych świąt - komercja nie śpi. Komercja czuwa. Podczas obchodów Kanamara Matsuri jak grzyby po deszczu wyrastają kramiki i straganiki oferujące w swym asortymencie różnorakie słodycze nawiązujące do tematyki Dnia Penisa. Penisowe motywy można znaleźć tam dosłownie wszędzie - na obrazkach, dekoracjach, cukierkach, lizakach, ciasteczkach, fantazyjnie powycinanych warzywach, pamiątkach i innych bzdetach. W Polsce takie rzeczy tylko na Allegro, w Japonii - na legalu. Serio. Zobaczcie z resztą sami. Z góry przepraszam za porównanie, ale cały ten tłum, kapłani i maiko przebrane w białe kimona skojarzyły mi się z procesją na Boże Ciało. A i tak najlepsze jest wystrugiwanie penisów z rzodkwi (na marginesie ta rzodkiew umieszczona w sushi całkiem nieźle smakuje)... Słodkie, prawda? Zdjęcie tytułowe: www.absurdintellectual.com Pozostałe zdjęcia: www.ogindungo.blogspot.com &amp; www.fayerwayer.com
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/35222/Kanamara-Matsuri-czyli-japonskie-Swieto-Penisa-/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/35222/Kanamara-Matsuri-czyli-japonskie-Swieto-Penisa-/trackrss</link><pubDate>Thu, 25 Feb 2010 14:46:48 +0100</pubDate></item>
    <item>350141265582836172010-02-20 23:13:082010-02-20 23:17:022010-02-20 23:13:082010-02-23 17:34:06{pl}Tulip Story KOMPENDIUM (poznaj bohaterów){/pl}{pl}Notka dla tych, którzy dołączyli w trakcie powstawania serii: "Tulip Story" jest historią pisaną o studentach, przez studentów i dla studentów. Opowiadanie powstaje przy udziale grupy NES, a jego pomysłodawcą oraz inicjatorem jest be-easy. Każdy epizod pisany jest przez innego członka grupy, a wszystkie części opowiadania łączą się ze sobą poprzez postać Tulipana - głównego bohatera, oraz jego znajomych. Wszelkie podobieństwa do osób i wydarzeń są całkowicie przypadkowe.  Tulipan - główny bohater serii. Studiuje pedagogikę, którą wybrał ze względu na dużą ilość lachonów. Poza tym, na pedagogikę łatwo się dostać. Ma za sobą studiowanie na bardzo różnorodnych wydziałach, można zatem uznać, że "zna" się na wielu rzeczach. Lubi mięcho, nie jest wege. Jego życiowe motto, to: "easy come, easy go". Nigdy nie ma pieniędzy, ale zawsze zakombinuje tak, że sobie jakoś radzi. Notorycznie wykręca żarówki z nieswoich pięter, kradnie mleko spod drzwi sąsiadów i śpiewa podczas libacji. Lubi panią prof. od Biomedycznych Podstaw Rozwoju Człowieka, bo przynosi mu kanapki z wędliną. Leniwy (ale kreatywny), niegłupi, dowcipny, często sarkastyczny, notorycznie bez grosza i jedzenia, za to z dostępem do taniego alkoholu. Mieszka w akademiku wyposażonym w pralnię umieszczoną w podziemiach. Dzieli pokój ze współlokatorem o pseudonimie Croppak. Ma dwójkę oddanych przyjaciół - Proroka i Robala - oraz młodszą siostrę Tosię. Udaje mu się zachować dobre stosunki z większością wykładowców, aczkolwiek zdarzają mu się także "gnębiciele". Ma około 25 lat.  Prorok - najlepszy kumpel Tulipana. Łebski informatyk i fan gadżetów, pracujący na nudnym stanowisku administratora sieci komputerowej w jednej z dużych firm. Wolny czas poświęca na rozwijanie technologicznej pasji. Ma kasę i kawalerkę, która przypomina raczej niewielkie muzeum elektroniki. Chociaż nigdy za bardzo się nie wychyla, to i tak zalicza najlepsze laski - taki typ. Kiedyś przypadkowo udało mu się coś przewidzieć i do dziś szuka potwierdzenia swojego magicznego talentu. Ma owłosione plecy i cichaczem uczęszcza na kursy z parapsychologii i czytania fusów.  Robal - czyli Karol. Jedyny kumpel Tulipana z roku. Niezbyt bystry właściciel lokowanej czupryny. Lubi przebierać się za wielkiego kurczaka. Mieszka z nadopiekuńczymi rodzicami i podkochuje się w Goście.  Nina - czyli Tosia. Sześcioletnia, rezolutna siostrzyczka Tulipana. Imię otrzymała po dziadku Antonim - weteranie wojennym. Drobna dziewczynka o pyzatej, lekko zarumienionej buzi i jasnych, lokowanych włosach, która samą swoją obecnością potrafi skutecznie pokrzyżować plany swojego starszego brata. Niemniej jednak, Tulipan bardzo ją kocha. Nie lubi zdrobnienia Tosia, jest początkującą wegetarianką.  Gośka - nielubiana koleżanka z roku Tulipana. Kujonka jakich mało, wścibska plotkara. Obecnie dziewczyna Robala.  Croppak - czyli Mieczysław Miśkiewisz. Dziwaczny współlokator Tulipana, pojawiający się znikąd autor najbardziej pojechanych złotych myśli świata i ubierające się jedynie w Cropp Townie kolejne wcielenie Adama Mickiewicza po reinkarnacji. Ma zawsze coś do powiedzenia, aczkolwiek nie zawsze na temat. Zwyczajowo nieobecny.  Zuza - tajemniczy obiekt westchnień Tulipana. Ma długie, kręcone, ognistorude włosy i zielone oczy, aczkolwiek do pracy przebiera się za krótkowłosą blondynkę i zakłada niebieskie soczewki. Jest zawodową baletnicą, dorabia też jako kelnerka w klubie Youth. Ma dwuletniego synka Krzysia z Blachą - swoim ex. Bystra, radosna dziewczyna z problemami. Lubi kolor zielony.  Krzyś - dwuletni synek Zuzy i Blachy.    Blacha - przypakowany exchłopak Zuzy. Ma obsesję na punkcie swojej byłej dziewczyny i pretenduje do miana największego rywala Tulipana. Szef dzielnicowego gangu, nosi złoty łańcuch i uważa się za chodzący symbol seksu. Taki polski Johhny Bravo, ale z mniejszym mózgiem.    Majka - ciężarna ciotka Niny i Tulipana, ortodoksyjna wegetarianka.  Miron - barman z pubu Youth. Wiecznie smutny malkontent, zakochany bez pamięci w byłej dziewczynie. Beznadziejny przypadek.  Pan Zbyszek - właściciel pubu Youth. Sympatyczny i uczciwy pięćdziesięciolatek.  Ważne miejsca:  akademik i pokój Tulipana  mieszkanie Proroka  pub Youth - miejsce pracy Zuzy  klub Remont - miejsce spotkań bohaterów przy piwku  Tak wyglądają charakterystyki bohaterów na dzień dzisiejszy, ale jak wiadomo opowiadanie ciągle się rozwija, powstają nowi bohaterowie i relacje między nimi. Dlatego zachęcam do śledzenia serii:  Epizod 11: "Piękna Historia"  Epizod 10: "Zielona Sukienka"  Epizod 9: "Slam dunk"  Epizod 8: "Kryzys"  Epizod 7: "Tabletki antykonspiracyjne i berecikowe"  Epizod 6: "Kurczakowe love"  Epizod 5: “Do roboty, synku”  Epizod 4: "Rock'n'roll"  Epizod 3: "Napierśnik Proroka"  Epizod 2: "Weteranka"  Epizod 1: "Jaja"  (Rys. Evike){/pl}18810students.pl4/b/2010/02/20/tulipan.jpgKinga SobierajskakrufkasCommunitypostTulip-Story-KOMPENDIUM-poznaj-bohaterowSat, 20 Feb 2010 23:13:08 +0100http://files.students.ch/uploads/b/2010/02/20/tulipan.jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/35014/Tulip-Story-KOMPENDIUM-poznaj-bohaterow/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/35014/Tulip-Story-KOMPENDIUM-poznaj-bohaterow<title>Tulip Story KOMPENDIUM (poznaj bohaterów)</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/35014/Tulip-Story-KOMPENDIUM-poznaj-bohaterow/trackrss</guid><description>Notka dla tych, którzy dołączyli w trakcie powstawania serii: "Tulip Story" jest historią pisaną o studentach, przez studentów i dla studentów. Opowiadanie powstaje przy udziale grupy NES, a jego pomysłodawcą oraz inicjatorem jest be-easy. Każdy epizod pisany jest przez innego członka grupy, a wszystkie części opowiadania łączą się ze sobą poprzez postać Tulipana - głównego bohatera, oraz jego znajomych. Wszelkie podobieństwa do osób i wydarzeń są całkowicie przypadkowe.  Tulipan - główny bohater serii. Studiuje pedagogikę, którą wybrał ze względu na dużą ilość lachonów. Poza tym, na pedagogikę łatwo się dostać. Ma za sobą studiowanie na bardzo różnorodnych wydziałach, można zatem uznać, że "zna" się na wielu rzeczach. Lubi mięcho, nie jest wege. Jego życiowe motto, to: "easy come, easy go". Nigdy nie ma pieniędzy, ale zawsze zakombinuje tak, że sobie jakoś radzi. Notorycznie wykręca żarówki z nieswoich pięter, kradnie mleko spod drzwi sąsiadów i śpiewa podczas libacji. Lubi panią prof. od Biomedycznych Podstaw Rozwoju Człowieka, bo przynosi mu kanapki z wędliną. Leniwy (ale kreatywny), niegłupi, dowcipny, często sarkastyczny, notorycznie bez grosza i jedzenia, za to z dostępem do taniego alkoholu. Mieszka w akademiku wyposażonym w pralnię umieszczoną w podziemiach. Dzieli pokój ze współlokatorem o pseudonimie Croppak. Ma dwójkę oddanych przyjaciół - Proroka i Robala - oraz młodszą siostrę Tosię. Udaje mu się zachować dobre stosunki z większością wykładowców, aczkolwiek zdarzają mu się także "gnębiciele". Ma około 25 lat.  Prorok - najlepszy kumpel Tulipana. Łebski informatyk i fan gadżetów, pracujący na nudnym stanowisku administratora sieci komputerowej w jednej z dużych firm. Wolny czas poświęca na rozwijanie technologicznej pasji. Ma kasę i kawalerkę, która przypomina raczej niewielkie muzeum elektroniki. Chociaż nigdy za bardzo się nie wychyla, to i tak zalicza najlepsze laski - taki typ. Kiedyś przypadkowo udało mu się coś przewidzieć i do dziś szuka potwierdzenia swojego magicznego talentu. Ma owłosione plecy i cichaczem uczęszcza na kursy z parapsychologii i czytania fusów.  Robal - czyli Karol. Jedyny kumpel Tulipana z roku. Niezbyt bystry właściciel lokowanej czupryny. Lubi przebierać się za wielkiego kurczaka. Mieszka z nadopiekuńczymi rodzicami i podkochuje się w Goście.  Nina - czyli Tosia. Sześcioletnia, rezolutna siostrzyczka Tulipana. Imię otrzymała po dziadku Antonim - weteranie wojennym. Drobna dziewczynka o pyzatej, lekko zarumienionej buzi i jasnych, lokowanych włosach, która samą swoją obecnością potrafi skutecznie pokrzyżować plany swojego starszego brata. Niemniej jednak, Tulipan bardzo ją kocha. Nie lubi zdrobnienia Tosia, jest początkującą wegetarianką.  Gośka - nielubiana koleżanka z roku Tulipana. Kujonka jakich mało, wścibska plotkara. Obecnie dziewczyna Robala.  Croppak - czyli Mieczysław Miśkiewisz. Dziwaczny współlokator Tulipana, pojawiający się znikąd autor najbardziej pojechanych złotych myśli świata i ubierające się jedynie w Cropp Townie kolejne wcielenie Adama Mickiewicza po reinkarnacji. Ma zawsze coś do powiedzenia, aczkolwiek nie zawsze na temat. Zwyczajowo nieobecny.  Zuza - tajemniczy obiekt westchnień Tulipana. Ma długie, kręcone, ognistorude włosy i zielone oczy, aczkolwiek do pracy przebiera się za krótkowłosą blondynkę i zakłada niebieskie soczewki. Jest zawodową baletnicą, dorabia też jako kelnerka w klubie Youth. Ma dwuletniego synka Krzysia z Blachą - swoim ex. Bystra, radosna dziewczyna z problemami. Lubi kolor zielony.  Krzyś - dwuletni synek Zuzy i Blachy.    Blacha - przypakowany exchłopak Zuzy. Ma obsesję na punkcie swojej byłej dziewczyny i pretenduje do miana największego rywala Tulipana. Szef dzielnicowego gangu, nosi złoty łańcuch i uważa się za chodzący symbol seksu. Taki polski Johhny Bravo, ale z mniejszym mózgiem.    Majka - ciężarna ciotka Niny i Tulipana, ortodoksyjna wegetarianka.  Miron - barman z pubu Youth. Wiecznie smutny malkontent, zakochany bez pamięci w byłej dziewczynie. Beznadziejny przypadek.  Pan Zbyszek - właściciel pubu Youth. Sympatyczny i uczciwy pięćdziesięciolatek.  Ważne miejsca:  akademik i pokój Tulipana  mieszkanie Proroka  pub Youth - miejsce pracy Zuzy  klub Remont - miejsce spotkań bohaterów przy piwku  Tak wyglądają charakterystyki bohaterów na dzień dzisiejszy, ale jak wiadomo opowiadanie ciągle się rozwija, powstają nowi bohaterowie i relacje między nimi. Dlatego zachęcam do śledzenia serii:  Epizod 11: "Piękna Historia"  Epizod 10: "Zielona Sukienka"  Epizod 9: "Slam dunk"  Epizod 8: "Kryzys"  Epizod 7: "Tabletki antykonspiracyjne i berecikowe"  Epizod 6: "Kurczakowe love"  Epizod 5: “Do roboty, synku”  Epizod 4: "Rock'n'roll"  Epizod 3: "Napierśnik Proroka"  Epizod 2: "Weteranka"  Epizod 1: "Jaja"  (Rys. Evike)
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/35014/Tulip-Story-KOMPENDIUM-poznaj-bohaterow/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/35014/Tulip-Story-KOMPENDIUM-poznaj-bohaterow/trackrss</link><pubDate>Sat, 20 Feb 2010 23:13:08 +0100</pubDate></item>
    <item>347921265582827212010-02-17 19:50:162010-02-17 20:44:352010-02-17 19:50:162010-02-27 14:14:05{pl}Tulip Story | Epizod 11: "Piękna Historia"{/pl}{pl}Sobota, późne popołudnie, park "Nic nie jest takie, jakim się wydaje" - słowa Zuzy nadal dźwięczały w jego uszach. Były niczym najbardziej upierdliwy komar świata lub stado niewyżytych klaczy galopujących po wzgórzach i dolinach jego pofałdowanego mózgu. Odkąd Tulipan zwlókł się z łóżka około południa, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Czyżby poprzedni wieczór okazał się kompletną klapą? Co takiego zrobił? Czym ją spłoszył? Cholera jasna! Teraz z nudów spacerował po skąpanych w leniwie zachodzącym słońcu alejkach znienawidzonego parku. Znienawidzonego przez przebywające tu wiecznie obściskujące się duety, na których widok tęczowy, piwnokrakersowy paw, zabarwiony poczuciem goryczy i niezrozumienia przez wielki świat, podskakiwał mu do gardła. Owych duetów było dziś o wiele za wiele. W końcu jutro walentynki. To pogańskie święto nigdy jakoś szczególnie go nie ruszało, ale w świetle ostatnich wydarzeń znaki zapytania płynęły między jego synapsami niczym asfalt w gorącym słońcu. Zachciało mu się sikać, więc kierowany pierwotnym instynktem zbliżył się do pobliskiej brzozy, na której korze jakiś szekspirowski amant wyrył serce dla swojej ukochanej. "Olać to!" - mruknął pod nosem Tuli i uwolnił strużkę ciepłego moczu wprost na koślawe serduszko. Jego wzrok spoczął nagle na wyliniałych krzakach dzikiej róży, spomiędzy których wybiegł mały chłopczyk. Ten widok przypomniał Tuliemu Tosię i natychmiast spotkał się z dezaprobatą jego skacowanego ironią losu mózgu. Jak on nie znosił dzieci! Ale oto za chłopcem z krzaków wypadła... Zuza! - Krzysiu! Wracaj! - wołała, a serce Tuliego biło jak oszalałe. Nie wiedział tylko, czy to ze strachu, czy radości, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu. W tym momencie go zauważyła. - T... T... Tulipan?! - wydała z siebie zduszony okrzyk i nie potrafiła przypomnieć sobie żadnej innej powitalnej gadki.  - Więc to dlatego nie miałaś dla mnie wczoraj czasu? - Tuli zaczął gorączkowo myśleć. - Opiekujesz się czyimś dzieckiem, tak? - Nie, Tuli. - odpowiedziała zmieszana Zuza, uważnie dobierając każde słowo. - To... moje dziecko... Dopiero teraz mózgowe trybiki Tulipana skojarzyły biegającego wokół niego dwulatka ze zdjęciem umieszczonym w portfelu Zuzy. Dlaczego mu nie powiedziała? - Więc kłamałaś! Jednak masz kogoś! Domyślam się, że skoro jest dzieciak, musi być też jakiś tatuś? - głos Tuliego stawał się coraz bardziej nerwowy. - Nie mam nikogo. - broniła się Zuza. - Ojcem Krzysia jest Blacha, mój eks. Nie powiedziałam ci, bo... - zawahała się - bo Blacha wciąż ma nadzieję, że do niego wrócę. Muszę się z nim spotykać ze względu na Krzysia, ale to nie tak. Ja już nic do niego nie czuję. Blacha... On już pokazał do czego jest zdolny i skutecznie wyeliminował kilku moich chłopaków. Nie chcę, żeby tobie coś się stało, nie wybaczyłabym sobie tego... Tulipan poczuł, że nie chce tego dłużej słuchać. Na dzisiejszy dzień miał zdecydowanie za wiele wrażeń. Dziecko, jakiś Blacha, nie! Odwrócił się na pięcie i zostawił osłupiałą Zuzę bez słowa wyjaśnienia. To zdecydowanie nie on powinien tu cokolwiek wyjaśniać.  Północ, w klubie Remont - No i tak to z nią było. - powiedział Tulipan łapczywie dokańczając dziesiąte piwo.  Czuł, że dzień zakochanych spędzi w uroczym towarzystwie kaca mordercy, ale mimo to cieszył się, że przynajmniej zabije on tego natrętnego komara siejącego od rana zamęt w jego głowie. Robal, dyskretnie nawet jak na siebie przetarł oczy. - Piękna historia - wyszeptał.  Prorok puścił mu wymowne spojrzenie, wpatrując się w zgon Tulipana. - Chodź, Tuli, dzisiaj śpisz u mnie... - zadecydował.   ----------------------------------------------------------------------- Nie czytałeś poprzednich epizodów TULIP STORY? Nic straconego!  Epizod 10: "Zielona Sukienka"  Epizod 9: "Slam dunk"  Epizod 8: "Kryzys"  Epizod 7: "Tabletki antykonspiracyjne i berecikowe"  Epizod 6: "Kurczakowe love"  Epizod 5: “Do roboty, synku”  Epizod 4: "Rock'n'roll"  Epizod 3: "Napierśnik Proroka"  Epizod 2: "Weteranka"  Epizod 1: "Jaja" -----------------------------------------------------------------------  Notka dla tych, którzy dołączyli w trakcie powstawania serii: "Tulip Story" jest historią pisaną o studentach, przez studentów i dla studentów. Opowiadanie powstaje przy udziale grupy NES, a jego pomysłodawcą oraz inicjatorem jest be-easy. Każdy epizod pisany jest przez innego członka grupy, a wszystkie części opowiadania łączą się ze sobą poprzez postać Tulipana - głównego bohatera, oraz jego znajomych. Wszelkie podobieństwa do osób i wydarzeń są całkowicie przypadkowe.{/pl}121910students.pl17/a/2010/02/17/tulip_new.jpgKinga SobierajskakrufkasCommunitypostTulip-Story--Epizod-11-Piekna-HistoriaWed, 17 Feb 2010 19:50:16 +0100http://files.students.ch/uploads/a/2010/02/17/tulip_new.jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/34792/Tulip-Story--Epizod-11-Piekna-Historia/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/34792/Tulip-Story--Epizod-11-Piekna-Historia<title>Tulip Story | Epizod 11: "Piękna Historia"</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/34792/Tulip-Story--Epizod-11-Piekna-Historia/trackrss</guid><description>Sobota, późne popołudnie, park "Nic nie jest takie, jakim się wydaje" - słowa Zuzy nadal dźwięczały w jego uszach. Były niczym najbardziej upierdliwy komar świata lub stado niewyżytych klaczy galopujących po wzgórzach i dolinach jego pofałdowanego mózgu. Odkąd Tulipan zwlókł się z łóżka około południa, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Czyżby poprzedni wieczór okazał się kompletną klapą? Co takiego zrobił? Czym ją spłoszył? Cholera jasna! Teraz z nudów spacerował po skąpanych w leniwie zachodzącym słońcu alejkach znienawidzonego parku. Znienawidzonego przez przebywające tu wiecznie obściskujące się duety, na których widok tęczowy, piwnokrakersowy paw, zabarwiony poczuciem goryczy i niezrozumienia przez wielki świat, podskakiwał mu do gardła. Owych duetów było dziś o wiele za wiele. W końcu jutro walentynki. To pogańskie święto nigdy jakoś szczególnie go nie ruszało, ale w świetle ostatnich wydarzeń znaki zapytania płynęły między jego synapsami niczym asfalt w gorącym słońcu. Zachciało mu się sikać, więc kierowany pierwotnym instynktem zbliżył się do pobliskiej brzozy, na której korze jakiś szekspirowski amant wyrył serce dla swojej ukochanej. "Olać to!" - mruknął pod nosem Tuli i uwolnił strużkę ciepłego moczu wprost na koślawe serduszko. Jego wzrok spoczął nagle na wyliniałych krzakach dzikiej róży, spomiędzy których wybiegł mały chłopczyk. Ten widok przypomniał Tuliemu Tosię i natychmiast spotkał się z dezaprobatą jego skacowanego ironią losu mózgu. Jak on nie znosił dzieci! Ale oto za chłopcem z krzaków wypadła... Zuza! - Krzysiu! Wracaj! - wołała, a serce Tuliego biło jak oszalałe. Nie wiedział tylko, czy to ze strachu, czy radości, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu. W tym momencie go zauważyła. - T... T... Tulipan?! - wydała z siebie zduszony okrzyk i nie potrafiła przypomnieć sobie żadnej innej powitalnej gadki.  - Więc to dlatego nie miałaś dla mnie wczoraj czasu? - Tuli zaczął gorączkowo myśleć. - Opiekujesz się czyimś dzieckiem, tak? - Nie, Tuli. - odpowiedziała zmieszana Zuza, uważnie dobierając każde słowo. - To... moje dziecko... Dopiero teraz mózgowe trybiki Tulipana skojarzyły biegającego wokół niego dwulatka ze zdjęciem umieszczonym w portfelu Zuzy. Dlaczego mu nie powiedziała? - Więc kłamałaś! Jednak masz kogoś! Domyślam się, że skoro jest dzieciak, musi być też jakiś tatuś? - głos Tuliego stawał się coraz bardziej nerwowy. - Nie mam nikogo. - broniła się Zuza. - Ojcem Krzysia jest Blacha, mój eks. Nie powiedziałam ci, bo... - zawahała się - bo Blacha wciąż ma nadzieję, że do niego wrócę. Muszę się z nim spotykać ze względu na Krzysia, ale to nie tak. Ja już nic do niego nie czuję. Blacha... On już pokazał do czego jest zdolny i skutecznie wyeliminował kilku moich chłopaków. Nie chcę, żeby tobie coś się stało, nie wybaczyłabym sobie tego... Tulipan poczuł, że nie chce tego dłużej słuchać. Na dzisiejszy dzień miał zdecydowanie za wiele wrażeń. Dziecko, jakiś Blacha, nie! Odwrócił się na pięcie i zostawił osłupiałą Zuzę bez słowa wyjaśnienia. To zdecydowanie nie on powinien tu cokolwiek wyjaśniać.  Północ, w klubie Remont - No i tak to z nią było. - powiedział Tulipan łapczywie dokańczając dziesiąte piwo.  Czuł, że dzień zakochanych spędzi w uroczym towarzystwie kaca mordercy, ale mimo to cieszył się, że przynajmniej zabije on tego natrętnego komara siejącego od rana zamęt w jego głowie. Robal, dyskretnie nawet jak na siebie przetarł oczy. - Piękna historia - wyszeptał.  Prorok puścił mu wymowne spojrzenie, wpatrując się w zgon Tulipana. - Chodź, Tuli, dzisiaj śpisz u mnie... - zadecydował.   ----------------------------------------------------------------------- Nie czytałeś poprzednich epizodów TULIP STORY? Nic straconego!  Epizod 10: "Zielona Sukienka"  Epizod 9: "Slam dunk"  Epizod 8: "Kryzys"  Epizod 7: "Tabletki antykonspiracyjne i berecikowe"  Epizod 6: "Kurczakowe love"  Epizod 5: “Do roboty, synku”  Epizod 4: "Rock'n'roll"  Epizod 3: "Napierśnik Proroka"  Epizod 2: "Weteranka"  Epizod 1: "Jaja" -----------------------------------------------------------------------  Notka dla tych, którzy dołączyli w trakcie powstawania serii: "Tulip Story" jest historią pisaną o studentach, przez studentów i dla studentów. Opowiadanie powstaje przy udziale grupy NES, a jego pomysłodawcą oraz inicjatorem jest be-easy. Każdy epizod pisany jest przez innego członka grupy, a wszystkie części opowiadania łączą się ze sobą poprzez postać Tulipana - głównego bohatera, oraz jego znajomych. Wszelkie podobieństwa do osób i wydarzeń są całkowicie przypadkowe.
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/34792/Tulip-Story--Epizod-11-Piekna-Historia/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/34792/Tulip-Story--Epizod-11-Piekna-Historia/trackrss</link><pubDate>Wed, 17 Feb 2010 19:50:16 +0100</pubDate></item>
    <item>346321265582815882010-02-14 17:14:292010-02-14 17:14:292010-02-14 17:28:22{pl}Mosty Miłości 2010 w Poznaniu{/pl}{pl}Wybraliśmy się z koshem na akcję z kłódeczkami, która miała rozpocząć się o godzinie 12:00 na nowym moście im. Biskupa Jordana w Poznaniu. Przyjechaliśmy na miejsce około 12:30 i ku naszemu zdziwieniu... most był pusty! Jakieś dziesięć minut później dostrzegliśmy jednak grupkę ubraną w liptonowe ciuchy, wysiadającą z samochodu. Jak się później okazało, ekipa organizatorów dojeżdżająca z Warszawy miała opóźnienie, w związku z czym impreza rozpoczęła się około 12:45. Niestety - chętni do przywieszania kłódek, którzy o 12:00 zgromadzili się na moście rozjechali się już do domu wraz z telewizją WTK. Akcja nie była jednak stracona, gdyż liptonowe dziewczyny wyłapywały parki wychodzące z Katedry i zachęcały do przywieszania kłódek. Oto nasza kłódeczka (więcej zdjęć na Facebooku):{/pl}111710students.pl11/b/2010/02/14/klodka.jpgKinga SobierajskakrufkasCommunitypostMosty-Milosci-2010-w-PoznaniuSun, 14 Feb 2010 17:14:29 +0100http://files.students.ch/uploads/b/2010/02/14/klodka.jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/34632/Mosty-Milosci-2010-w-Poznaniu/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/34632/Mosty-Milosci-2010-w-Poznaniu<title>Mosty Miłości 2010 w Poznaniu</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/34632/Mosty-Milosci-2010-w-Poznaniu/trackrss</guid><description>Wybraliśmy się z koshem na akcję z kłódeczkami, która miała rozpocząć się o godzinie 12:00 na nowym moście im. Biskupa Jordana w Poznaniu. Przyjechaliśmy na miejsce około 12:30 i ku naszemu zdziwieniu... most był pusty! Jakieś dziesięć minut później dostrzegliśmy jednak grupkę ubraną w liptonowe ciuchy, wysiadającą z samochodu. Jak się później okazało, ekipa organizatorów dojeżdżająca z Warszawy miała opóźnienie, w związku z czym impreza rozpoczęła się około 12:45. Niestety - chętni do przywieszania kłódek, którzy o 12:00 zgromadzili się na moście rozjechali się już do domu wraz z telewizją WTK. Akcja nie była jednak stracona, gdyż liptonowe dziewczyny wyłapywały parki wychodzące z Katedry i zachęcały do przywieszania kłódek. Oto nasza kłódeczka (więcej zdjęć na Facebooku):
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/34632/Mosty-Milosci-2010-w-Poznaniu/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/34632/Mosty-Milosci-2010-w-Poznaniu/trackrss</link><pubDate>Sun, 14 Feb 2010 17:14:29 +0100</pubDate></item>
    <item>344271265582797532010-02-09 23:44:332010-02-09 23:44:332010-02-15 02:32:18{pl}日本語 - Uczymy się japońskiego!{/pl}{pl}Zainspirował mnie kolega, przeanalizowałam komentarze pod moimi artykułami dotyczącymi Japonii i postami ainer i pomyślałam, że mogę sobie co nieco odświeżyć i przypomnieć i zaproponować mini-kurs (w miarę moich możliwości) języka japońskiego. Zainteresowanych zapraszam do grupy 日本語 - Uczymy się japońskiego!. Jeśli zbierze się jakaś grupka to jestem chętna podzielić się wiedzą, a w razie własnej niewiedzy mam też bardziej zjaponizowany ode mnie support. ;){/pl}111510students.pl9/a/2010/02/09/nihongo(2).gifKinga SobierajskakrufkasCommunitypost-Uczymy-sie-japonskiegoTue, 09 Feb 2010 23:44:33 +0100http://files.students.ch/uploads/a/2010/02/09/nihongo(2).gifhttp://www.students.pl/community/blog/post/34427/-Uczymy-sie-japonskiego/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/34427/-Uczymy-sie-japonskiego<title>日本語 - Uczymy się japońskiego!</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/34427/-Uczymy-sie-japonskiego/trackrss</guid><description>Zainspirował mnie kolega, przeanalizowałam komentarze pod moimi artykułami dotyczącymi Japonii i postami ainer i pomyślałam, że mogę sobie co nieco odświeżyć i przypomnieć i zaproponować mini-kurs (w miarę moich możliwości) języka japońskiego. Zainteresowanych zapraszam do grupy 日本語 - Uczymy się japońskiego!. Jeśli zbierze się jakaś grupka to jestem chętna podzielić się wiedzą, a w razie własnej niewiedzy mam też bardziej zjaponizowany ode mnie support. ;)
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/34427/-Uczymy-sie-japonskiego/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/34427/-Uczymy-sie-japonskiego/trackrss</link><pubDate>Tue, 09 Feb 2010 23:44:33 +0100</pubDate></item>
    <item>339011265582747402010-01-25 13:58:242010-01-25 13:59:202010-01-25 13:58:242010-01-25 14:20:42{pl}O tym jak UAM ma studentów głęboko...{/pl}{pl} O tym, że nasza uczelnia ma nas delikatnie mówiąc w nosie wiedzieliśmy już od pierwszego roku, ale o tym jak głęboko, dowiedzieliśmy się jakieś dwa tygodnie temu.  Zacznę od tego, że mój kierunek, to studia dwuprzedmiotowe. Za połowę kierunku, czyli edukację elementarną odpowiada Wydział Studiów Edukacyjnych, a za drugą połowę, czyli język angielski - Kolegium Języków Obcych. O tym, że nikt się nami za bardzo nie interesuje wiemy już od dawna. Cały cyrk zaczął się już na pierwszym roku. Rok, który jest niżej od nas już od początku miał całe PNJA, my natomiast na pierwszym roku miałyśmy tylko fonetykę i ogólny angielski z kobietą, która nie potrafiła się poprawnie wypowiedzieć. Dodatkowo, wykładowczyni z dydaktyki języka angielskiego masowo odwoływała zajęcia, co poskutkowało tym, że semestr później musiałyśmy wszystko odrabiać o nieludzkich godzinach, jeżdżąc po całym mieście z jednych zajęć na drugie, bo na naszym wydziale nie było dla nas miejsca.   Na drugim roku rozszerzono nam PNJA w taki sposób, w jaki niższy rocznik uczy się już od początku i dostałyśmy: fonetykę (z ta samą panią, która jako jedyna uczy nas całe trzy lata i jest najbardziej w porządku), czytanie z mówieniem (z panią Miss Perfect, przed którą wszyscy trzęśli porami i gdzie poziom był za wysoki do naszych umiejętności), pisanie (na którym wszyscy spali, bo poziom był z kolei uwsteczniający) i gramatykę z mówieniem (w miarę ok). Dodatkowo, zniknęła nam zupełnie dydaktyka języka angielskiego (czyżby nie było nauczyciela?), a pod koniec tego roku dowiedzieliśmy się, że nie będziemy pisać pracy licencjackiej, tylko zamiast niej ma być egzamin dyplomowy z trzech lat studiów. Wykłóciłyśmy się, że prawo nie może działać wstecz i jednak piszemy pracę.  Ale największe przegięcie ma miejsce właśnie teraz. Na trzecim roku ograniczono nam liczbę godzin z PNJA i (po raz kolejny!) zmieniono nam nauczycieli. Wróciła dydaktyka języka angielskiego (z panią "eee... yyy... hmmm... OK"), została oczywiście fonetyka (chwała Panu!), zostało czytanie z Miss Perfect, do którego zdążyłyśmy się już przyzwyczaić, ale za to gramatykę połączono z pisaniem, co poskutkowało tym, że nie "przerobiłyśmy" ani gramatyki, ani pisania. Co więcej, jedna grupa dostała kobietę, która układa egzamin i oni rzeczywiście robili na zajęciach wszystko pod egzamin, natomiast nasza grupa dostała jakąś babkę po studiach, która robiła z nami jakieś g***a i zapowiedziała, że będzie nas uczyć tylko przez semestr. Znowu zmiana nauczyciela? Nic podobnego, bo oto największy wałek w historii naszych studiów: Egzamin dyplomowy z trzech lat, z PNJA miał być w czerwcu. Wiedzieliśmy o tym od początku, wiedziały o tym nasze nauczycielki. Jednak nasza bliźniacza specjalizacja z niemieckim ma egzamin w sesji zimowej. Na początku roku pytałyśmy naszych nauczycielek, czy mamy w czerwcu nasz egzamin i powiedziały, że tak, bo one mają z nami godziny w letnim semestrze. Aż tu nagle dwa tygodnie temu się okazało, że ten egzamin mamy jednak TERAZ. I w związku z tym panie proponują "za tydzień". Beret powiedziała, że to chyba żart. I to samo okazało się z dydaktyką - mamy egzamin TERAZ, nie w czerwcu. Skutek jest taki, że mamy cztery dodatkowe egzaminy, o których nikt nie miał pojęcia - ani my, ani wykładowcy. A żeby tego było mało, to UAM nie wie nawet kto nas uczy. Nazwisko pani od gramatyki zmieniało się na planie trzy razy, przy czym na karcie i tak jest inne niż to rzeczywiste. Śmiech na sali.{/pl}114910students.pl5/b/2010/01/25/soundcurr05.gifKinga SobierajskakrufkasCommunitypostO-tym-jak-UAM-ma-studentow-glebokoMon, 25 Jan 2010 13:58:24 +0100http://files.students.ch/uploads/b/2010/01/25/soundcurr05.gifhttp://www.students.pl/community/blog/post/33901/O-tym-jak-UAM-ma-studentow-gleboko/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/33901/O-tym-jak-UAM-ma-studentow-gleboko<title>O tym jak UAM ma studentów głęboko...</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/33901/O-tym-jak-UAM-ma-studentow-gleboko/trackrss</guid><description> O tym, że nasza uczelnia ma nas delikatnie mówiąc w nosie wiedzieliśmy już od pierwszego roku, ale o tym jak głęboko, dowiedzieliśmy się jakieś dwa tygodnie temu.  Zacznę od tego, że mój kierunek, to studia dwuprzedmiotowe. Za połowę kierunku, czyli edukację elementarną odpowiada Wydział Studiów Edukacyjnych, a za drugą połowę, czyli język angielski - Kolegium Języków Obcych. O tym, że nikt się nami za bardzo nie interesuje wiemy już od dawna. Cały cyrk zaczął się już na pierwszym roku. Rok, który jest niżej od nas już od początku miał całe PNJA, my natomiast na pierwszym roku miałyśmy tylko fonetykę i ogólny angielski z kobietą, która nie potrafiła się poprawnie wypowiedzieć. Dodatkowo, wykładowczyni z dydaktyki języka angielskiego masowo odwoływała zajęcia, co poskutkowało tym, że semestr później musiałyśmy wszystko odrabiać o nieludzkich godzinach, jeżdżąc po całym mieście z jednych zajęć na drugie, bo na naszym wydziale nie było dla nas miejsca.   Na drugim roku rozszerzono nam PNJA w taki sposób, w jaki niższy rocznik uczy się już od początku i dostałyśmy: fonetykę (z ta samą panią, która jako jedyna uczy nas całe trzy lata i jest najbardziej w porządku), czytanie z mówieniem (z panią Miss Perfect, przed którą wszyscy trzęśli porami i gdzie poziom był za wysoki do naszych umiejętności), pisanie (na którym wszyscy spali, bo poziom był z kolei uwsteczniający) i gramatykę z mówieniem (w miarę ok). Dodatkowo, zniknęła nam zupełnie dydaktyka języka angielskiego (czyżby nie było nauczyciela?), a pod koniec tego roku dowiedzieliśmy się, że nie będziemy pisać pracy licencjackiej, tylko zamiast niej ma być egzamin dyplomowy z trzech lat studiów. Wykłóciłyśmy się, że prawo nie może działać wstecz i jednak piszemy pracę.  Ale największe przegięcie ma miejsce właśnie teraz. Na trzecim roku ograniczono nam liczbę godzin z PNJA i (po raz kolejny!) zmieniono nam nauczycieli. Wróciła dydaktyka języka angielskiego (z panią "eee... yyy... hmmm... OK"), została oczywiście fonetyka (chwała Panu!), zostało czytanie z Miss Perfect, do którego zdążyłyśmy się już przyzwyczaić, ale za to gramatykę połączono z pisaniem, co poskutkowało tym, że nie "przerobiłyśmy" ani gramatyki, ani pisania. Co więcej, jedna grupa dostała kobietę, która układa egzamin i oni rzeczywiście robili na zajęciach wszystko pod egzamin, natomiast nasza grupa dostała jakąś babkę po studiach, która robiła z nami jakieś g***a i zapowiedziała, że będzie nas uczyć tylko przez semestr. Znowu zmiana nauczyciela? Nic podobnego, bo oto największy wałek w historii naszych studiów: Egzamin dyplomowy z trzech lat, z PNJA miał być w czerwcu. Wiedzieliśmy o tym od początku, wiedziały o tym nasze nauczycielki. Jednak nasza bliźniacza specjalizacja z niemieckim ma egzamin w sesji zimowej. Na początku roku pytałyśmy naszych nauczycielek, czy mamy w czerwcu nasz egzamin i powiedziały, że tak, bo one mają z nami godziny w letnim semestrze. Aż tu nagle dwa tygodnie temu się okazało, że ten egzamin mamy jednak TERAZ. I w związku z tym panie proponują "za tydzień". Beret powiedziała, że to chyba żart. I to samo okazało się z dydaktyką - mamy egzamin TERAZ, nie w czerwcu. Skutek jest taki, że mamy cztery dodatkowe egzaminy, o których nikt nie miał pojęcia - ani my, ani wykładowcy. A żeby tego było mało, to UAM nie wie nawet kto nas uczy. Nazwisko pani od gramatyki zmieniało się na planie trzy razy, przy czym na karcie i tak jest inne niż to rzeczywiste. Śmiech na sali.
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/33901/O-tym-jak-UAM-ma-studentow-gleboko/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/33901/O-tym-jak-UAM-ma-studentow-gleboko/trackrss</link><pubDate>Mon, 25 Jan 2010 13:58:24 +0100</pubDate></item>
    <item>337161265582730822010-01-20 00:08:052010-01-21 00:24:532010-01-20 00:08:052010-02-23 13:17:09{pl}The Sims 3 - Okiem Gracza{/pl}{pl}Sama nie jestem wytrawnym graczem. Owszem, lubię patrzeć jak inni zmagają się z cyberprzygodami, jednakże osobiście jestem wierna zaledwie dwóm tytułom. Jednym z nich jest seria The Sims (druga to saga Heroes of Might and Magic) - niezaprzeczalnie kultowa gra (tytuł najlepiej sprzedającej się gry na komputery osobiste w historii gier do czegoś zobowiązuje), sprzedana na całym świecie w milionach egzemplarzy. I tu niuansik - gra polega na organizowaniu czasu Simom i pomaganiu im w osiąganiu ich własnych celów rozwojowych. Simy nam się rodzą, rosną, idą do szkoły, później do pracy, wspinają się po ścieżce kariery, starzeją się i w końcu umierają. W międzyczasie rodzą się nowe Simy i... tak w kółko. Wydawać by się mogło, że monotonnie trochę, ale to właśnie dzięki temu, że gracz może bez żadnych przeszkód ingerować w wirtualne środowisko, gra szybko przyciągnęła wielu fanów. The Sims nie ma określonego celu, więc i nie ma żadnego momentu, w którym wygrywa się grę. Dlatego też często zamiast pojęcia "gra" używa się w stosunku do Simów słowa "zabawka".  Przejdźmy zatem do prawdziwego tematu tego tekstu, czyli różnic pomiędzy trzecią odsłoną The Sims, a jej poprzedniczką. Przyznam, że po dość średnich doświadczeniach związanych z działaniem The Sims 2 na moim (wcale nie słabym) komputerze miałam pewne obawy związane z instalacją gry. Włożyłam płytę i tu rozczarowanie... Podczas instalacji zobaczyłam tylko nudne niebieskie okienko z zielonym paskiem postępu, na które to musiałam wpatrywać się przez dłuższy okres czasu. W dwójce chociaż instalator był atrakcyjniejszy. Podczas instalacji można sobie było rozwiązać np. quiz o znajomości serii. No, ale nic to. Zainstalowałam. Czekanie zostało mi wynagrodzone, bo oto intro - nie zacina się! Filmik wprowadzający wyświetla się płynnie, coś podobnego! Do tego sama gra nie wczytuje się piętnaście (do czego przywykłam), a jedną minutę. Ufff... Doszłam do głównego menu. A gdzie Miłowo? Dziwnowo? Werona? Nie ma... Najbardziej optymalnym rozwiązaniem wydało mi się kliknięcie przycisku "Nowa gra". Przyznam, że kiedy w końcu dotarłam do miasta nie bardzo wiedziałam co dalej począć. Chociaż gra jest podobna do swojej poprzedniczki, chwilkę mi zajęło zgłębianie nowych opcji w widoku miasta. No ale to zawsze znaczenie mniej niż przejście z jedynki na dwójkę. Postanowiłam stworzyć sobie jakąś rodzinę i tu kolejny bonus - CAS (Create a Sim), czyli miejsce tworzenia Sima ładuje się rekordowo szybko. Kupiłam dom i mając gotową bazę (czyli rodzinę z domem) rozpoczęłam zgłębianie nowości.    PLUS nr 1: Drzwi otwarte  Przyznam, że ta opcja ciekawiła mnie najbardziej, gdyż to ja przede wszystkim reklamowali twórcy gry. Teraz Simy mogą poruszać się pieszo, rowerem lub samochodem i odwiedzać sąsiadów, okoliczne parki, czytelnię, muzeum, stadion, a nawet łowić ryby w stawie. Co prawda nadal nie możemy wejść do wnętrza takich budynków jak teatr, szpital, szkoła, restauracja, sklep, czy posterunek policji, aczkolwiek nie są to rzeczy niezbędne w grze i w zupełności wystarczy jeśli nasz Sim po prostu zniknie w środku. Pomimo faktu, że dysponujemy całą mapą miasta, gra działa bardzo płynnie.   PLUS nr 2: Charaktery  Druga z nowości bardzo reklamowanych przez EA, to tworzenie Simów. W trójce każdy z nich jest zupełnie wyjątkowy. Tym razem nie wybieramy już nieszczęsnego znaku zodiaku otrzymując zaprogramowany dla niego charakter, który ewentualnie możemy trochę zmodyfikować. Teraz spośród szeregu różnorodnych cech możemy wybrać pięć, które stworzą niepowtarzalną osobowość naszego Sima, a następnie z pięciu zaproponowanych dla każdego zestawu cech pragnień życiowych wybieramy jedno. Możemy również określić ulubiony kolor naszego Sima, muzykę czy potrawę, a także jego ton głosu. I, co również ważne, współlokatorzy nie muszą już mieć tego samego nazwiska. Dla każdego z członków rodziny jest ono wybierane oddzielnie, a nazwizko i imię Sima możemy zmienić w godzinach otwarcia miejskiego Ratusza.    PLUS nr 3: CAS  Panel Create a Sim został znacznie rozbudowany i poszerzony o cała masę dodatkowych opcji. Nasze Simy stają się coraz bardziej realistyczne! Teraz Sim nie musi być gruby albo chudy. Mamy do dyspozycji suwaki pozwalające zmienić zarówno masę ciała, jak i masę mięśniową, odcień skóry i długość rzęs. Podobnymi suwakami możemy też modyfikować każdy element twarzy Suma. Dodatkowo możemy dowolnie bawić się kolorami dosłownie wszystkiego zaczynając od ubrań, butów (które w trzeciej części gry są osobnym elementem stroju), a kończąc na odrostach włosów czy pasemkach. Jakby było mało, możemy zaopatrzyć naszego Sima w różne rodzaje piegów i pieprzyków. Hmmm.... A może Marilyn Monroe? XD   PLUS nr 4: Być jak Bob Budowniczy  Tak! Nareszcie ograniczenie w budowaniu zostały znacznie zmniejszone. Teraz możemy ustawiać meble pod także pod kątem, a każda kratka parceli została dodatkowo podzielona na cztery części - możemy zatem ustawić np lampę pomiędzy dwoma kratkami siatki. Prawda, że fajne? Do tego możemy budować piwnice, garaże, a wszystko (dosłownie WSZYSTKO) w dowolnych kolorach i wzorach.    PLUS nr 5: Właśnie tak wygląda moje miasto nocą!  Rzecz która dla mnie ma chyba największe znaczenie (nie wiem, czemu umieściłam ją dopiero na piątym miejscu). W dwójce wkurzało mnie to, że mój Sim sobie żyje, poznaje kogoś, kto w momencie poznania ma 20 dni, mija jakiś czas, Sim zawiera związek małżeński z poznaną osobą i okazuje się, że podczas gdy nasz Sim ma już 30 dni, jego druga połówka ma ciągle... 20! W The Sims 3 historia naszego Sima jest częścią historii Miasta. Podczas gdy toczymy rozgrywkę w okolicy naszego domu, całe miasto żyje swoim życiem - sąsiedzi umierają, rodzą się nowe dzieci - pod tym względem gra staje się coraz bardziej realistyczna. Poza tym, nie ma już tak, że równo o godzinie szóstej robi nam się jasno, a o osiemnastej ciemno. W trójce pojawiły się wschody i zachody słońca, więc przejścia pomiędzy dniem a nocą są bardzo płynne. Dodatkowo słońce rzuca cień zależny od jego położenia, a nocą niebo jest pięknie rozgwieżdżone. Uwielbiam tą zmianę!   PLUS nr 6: Karierowicze  Starać się o pracę nasz Sim może w różny sposób: czytając gazetę, przeglądając Internet i - nowa opcja - składając CV w wymarzonym miejscu pracy. Dodatkowo nie musimy czekać biernie, aż nasz bohater wróci z pracy - mamy do dyspozycji szereg interakcji jak np. pracuj ciężko, wyluzuj, poznaj współpracowników, podlizuj się szefowi itp. Otworzyły się przed nami także nowe ścieżki kariery. Oprócz starych zawodów takich jak kucharz, przestępca czy policjant, nasz Sim może zostać np muzykiem lub astronautą. A żeby możliwości było więcej każda kariera dzieli się na ścieżki, czyli np. wybierając karierę muzyczna w jej finałowym etapie możemy zostać np. kompozytorem hitów filmowych lub gwiazdą rocka. Możliwości w tej dziedzinie są bardzo duże. Zmieniła się także forma pensji. Teraz jest ona wypłacana nie jako dniówka za przyjście do pracy. Wprowadzony został system godzinowy, w którym Sim dostaje wynagrodzenie za konkretną ilość przepracowanych godzin. Wzrosła także  liczba awansów, do których nie jest już potrzebne posiadanie określonej liczby przyjaciół. Nasz Sim może również podjąć pracę dorywczą, np. na cmentarzu, w księgarni lub w SPA.    PLUS nr 7: "Twoja stara jest lamą!"  Pojawiły się nowe opcje w relacjach międzysimowych. Teraz klikając na sąsiada mamy do dyspozycji relacje w pięciu kategoriach: zabawne, przyjazne, wredne, romantyczne, specjalne. Ponieważ Simy mają zaprogramowaną wolną wolę, szczerze rozbawiło mnie, kiedy Fabian - mój Sim któregoś dnia dość konkretnie wkurzył się na swoją żonę i wykorzystując jedną z "wrednych" opcji powiedział jej, że jej matka jest lamą... XD Do tego bardzo podoba mi się nazywanie relacji po imieniu - teraz zniknęli tacy "po prostu członkowie rodziny", a zastąpili ich: matka, ojciec, brat, siostra, dziadek, babcia, wujek, ciotka, macocha, ojczym, siostra przyrodnia, brat przyrodni itp. To znacznie ułatwia orientację, zwłaszcza kiedy rodzina jest liczna i mieszka w różnych domach.   PLUS nr 8: "Kto czyta, żyje wielokrotnie"  Kupujemy książki! Dzięki nim Sim może oddać się rozrywce w postaci szeroko pojętej literatury, poznać nowe przepisy, nauczyć się piosenek i zdobyć różne inne przydatne umiejętności.  Sim może także pisać własne książki z zakresu różnych gatunków, którym sami możemy nadawać tytuły. Ot, mój Fabian zarabia na życie właśnie pisaniem i to całkiem niezłe sumki...    PLUS nr 9: "Drobiazgi"  Kilka ostatnich zalet najnowszego dziecka EA postanowiłam umieścić w jednym punkcie. Po pierwsze: płynna ciąża. Od teraz brzuch naszej Simki nie wyskakuje znienacka jak góra lodowa przed Titanikiem. Ciąża rozwija się płynnie i nawet nie zauważamy przejść pomiędzy jej kolejnymi etapami. Dodatkowo pojawiła się opcja rodzenia dziecka w szpitalu. Po drugie: Możemy mieć na trawniku niezliczoną ilość gazet i nie pojawia się monit o zaprzestaniu usług dostarczania maku... prasy. Teraz usługę tą możemy anulować wykonując jedno połączenie telefoniczne. Gazety roznosi dziecko na rowerze, a nie, jak to było w dwójce, nastolatek. Po trzecie: jeśli denerwuje nas okres niemowlęcia lub małego dziecka możemy szybko spowodować przejście do następnego etapu wiekowego. Wystarczy kupić tort i zdmuchnąć świeczki. Po czwarte: Zniknęły wskaźniki komfortu i wystroju. Pojawiły się za to obrazki symbolizujące poszczególne elementy nastroju Sima. Jeśli np. nasz Sim zje dobry obiad w restauracji, to będzie szczęśliwy przez dłuższy czas. Do uszczęśliwiania Simów polecam zabiegi pielęgnacyjne w SPA. Po piąte: Jeśli nasz Sim się wyspał, nie musi już zrywać się o nieludzkiej porze, w środku nocy. Teraz możemy ustawić pobudkę na rano. Po szóste: Chociaż na początku mamy do dyspozycji tylko jedno miasto, EA oferuje drugie do pobrania za darmo z thesims3.com. Dodatkowo na stronie zostało udostępnione również narzędzie pozwalające tworzyć własne światy - takie jakiego używają graficy z EA. Po siódme: Na simowym portalu społecznościowym możemy dzielić się z innymi swoimi wytworami, a także pobierać kreacje innych użytkowników gry na tzw. Giełdzie Wymiany. Znajdziemy tam domy, Simów, rodziny, ciuchy, meble, światy, a nawet wzory tkanin i kolory włosów.   Po ósme: Mamy do dyspozycji wyposażenie, w którym Sim może trzymać różne rzeczy: jedzenie (które się psuje), książki, zabawki, a nawet samochód. Po dziewiąte: Simy mogą rozmawiać z duchami, a kolor ducha jest determinowany przez sposób, w jaki umarł. Po dziesiąte: Możemy pstrykać fotki telefonem! Po jedenaste: Widzimy potrzeby niemowląt. Już nie trzeba się domyślać czemu płaczą! Po dwunaste: Zamiast rzeczowych nagród aspiracji otrzymujemy do wyboru pewne unikatowe cechy i umiejętności dla naszego Sima. Ponadto, przeprowadzka do nowego domu nie powoduje utraty nagród aspiracji, ale zmiana aktywnej rodziny - owszem. Po trzynaste: Simowie doskonale wiedzą, które łóżko należy do nich i nie śpią w łóżku matki, siostry czy współlokatora.     Minus nr 1: "Jak jeździsz, baranie?!"  Pomimo wielu zalet, trzecia część simowej sagi ma też kilka niedociągnięć. Pierwszą z nich jest jazda samochodem. Otóż Sim do niego... nie wsiada (co miało miejsce w dwójce). Po prostu przywołuje auto (najczęściej stojące obok domu) breloczkiem, a ono pojawia się, po czym nasz Sim znika i pojawia się wewnątrz. Nie wiem kto im dał prawko, ale podczas jazdy pojawiają się sprzeczności: kiedy za wolniejszym autem jedzie szybszy model, po prostu przenika przez auto jak duch. Oprócz tego Simy nie zwracają najmniejszej uwagi na jakiekolwiek zasady ruchu drogowego - zupełnie jak w Indiach...   Minus nr 2: Wielkie żarcie  Zniknęła totalnie opcja sprawdzania zapasów w lodówce. Simy owszem, mogą wybrać się do sklepu spożywczego, jednakże lodówka wydaje się być bez dna. To samo z ubraniami - wprawdzie możemy w każdym momencie gry edytować naszego Sima w CAS i tworzyć mu po kilka zestawów ciuchów na każdą okazję, ale konieczność zakupu ubrań w sklepie wydawała mi się bardziej atrakcyjna.    Minus nr 3: Baby Boom  Fajnie, że w grze oprócz bliźniaków mogą pojawić się także trojaczki. Tu jednak autorzy gry postanowili chyba wrócić do korzeni, czyli do rozwiązać z pierwszej wersji sagi. Nie znajdziemy bowiem przewijaka. Zmiana pieluszki odbywa się przez podrzucenie dziecka.   Minus nr 4: Marchewkowe Pole  Próżno w książce telefonicznej szukać ogrodnika. Owszem, Sim może dbać o samodzielnie zasadzone rośliny, jednakże te, które zakupiliśmy przez tryb budowania pozostają niewzruszone i nie trzeba ich podlewać ani przycinać. Nie znajdziemy też instytucji barmana. Każdą imprezę musimy przygotowywać samodzielnie. Dobrze, że chociaż baloniki zostały...    Podsumowując: uważam, że jednak warto zamienić "Simsy" na lepszy model. ;)  {/pl}165410students.pl9/a/2010/01/20/sims-3-the-sims-3-3807951-1280-1024(2).jpgKinga SobierajskakrufkasArticlepostThe-Sims-3-Okiem-GraczaWed, 20 Jan 2010 00:08:05 +0100http://files.students.ch/uploads/a/2010/01/20/sims-3-the-sims-3-3807951-1280-1024(2).jpghttp://www.students.pl/community/blog/post/33716/The-Sims-3-Okiem-Gracza/trackrsshttp://www.students.pl/community/blog/post/33716/The-Sims-3-Okiem-Gracza<title>The Sims 3 - Okiem Gracza</title><guid isPermaLink="true">http://www.students.pl/community/blog/post/33716/The-Sims-3-Okiem-Gracza/trackrss</guid><description>Sama nie jestem wytrawnym graczem. Owszem, lubię patrzeć jak inni zmagają się z cyberprzygodami, jednakże osobiście jestem wierna zaledwie dwóm tytułom. Jednym z nich jest seria The Sims (druga to saga Heroes of Might and Magic) - niezaprzeczalnie kultowa gra (tytuł najlepiej sprzedającej się gry na komputery osobiste w historii gier do czegoś zobowiązuje), sprzedana na całym świecie w milionach egzemplarzy. I tu niuansik - gra polega na organizowaniu czasu Simom i pomaganiu im w osiąganiu ich własnych celów rozwojowych. Simy nam się rodzą, rosną, idą do szkoły, później do pracy, wspinają się po ścieżce kariery, starzeją się i w końcu umierają. W międzyczasie rodzą się nowe Simy i... tak w kółko. Wydawać by się mogło, że monotonnie trochę, ale to właśnie dzięki temu, że gracz może bez żadnych przeszkód ingerować w wirtualne środowisko, gra szybko przyciągnęła wielu fanów. The Sims nie ma określonego celu, więc i nie ma żadnego momentu, w którym wygrywa się grę. Dlatego też często zamiast pojęcia "gra" używa się w stosunku do Simów słowa "zabawka".  Przejdźmy zatem do prawdziwego tematu tego tekstu, czyli różnic pomiędzy trzecią odsłoną The Sims, a jej poprzedniczką. Przyznam, że po dość średnich doświadczeniach związanych z działaniem The Sims 2 na moim (wcale nie słabym) komputerze miałam pewne obawy związane z instalacją gry. Włożyłam płytę i tu rozczarowanie... Podczas instalacji zobaczyłam tylko nudne niebieskie okienko z zielonym paskiem postępu, na które to musiałam wpatrywać się przez dłuższy okres czasu. W dwójce chociaż instalator był atrakcyjniejszy. Podczas instalacji można sobie było rozwiązać np. quiz o znajomości serii. No, ale nic to. Zainstalowałam. Czekanie zostało mi wynagrodzone, bo oto intro - nie zacina się! Filmik wprowadzający wyświetla się płynnie, coś podobnego! Do tego sama gra nie wczytuje się piętnaście (do czego przywykłam), a jedną minutę. Ufff... Doszłam do głównego menu. A gdzie Miłowo? Dziwnowo? Werona? Nie ma... Najbardziej optymalnym rozwiązaniem wydało mi się kliknięcie przycisku "Nowa gra". Przyznam, że kiedy w końcu dotarłam do miasta nie bardzo wiedziałam co dalej począć. Chociaż gra jest podobna do swojej poprzedniczki, chwilkę mi zajęło zgłębianie nowych opcji w widoku miasta. No ale to zawsze znaczenie mniej niż przejście z jedynki na dwójkę. Postanowiłam stworzyć sobie jakąś rodzinę i tu kolejny bonus - CAS (Create a Sim), czyli miejsce tworzenia Sima ładuje się rekordowo szybko. Kupiłam dom i mając gotową bazę (czyli rodzinę z domem) rozpoczęłam zgłębianie nowości.    PLUS nr 1: Drzwi otwarte  Przyznam, że ta opcja ciekawiła mnie najbardziej, gdyż to ja przede wszystkim reklamowali twórcy gry. Teraz Simy mogą poruszać się pieszo, rowerem lub samochodem i odwiedzać sąsiadów, okoliczne parki, czytelnię, muzeum, stadion, a nawet łowić ryby w stawie. Co prawda nadal nie możemy wejść do wnętrza takich budynków jak teatr, szpital, szkoła, restauracja, sklep, czy posterunek policji, aczkolwiek nie są to rzeczy niezbędne w grze i w zupełności wystarczy jeśli nasz Sim po prostu zniknie w środku. Pomimo faktu, że dysponujemy całą mapą miasta, gra działa bardzo płynnie.   PLUS nr 2: Charaktery  Druga z nowości bardzo reklamowanych przez EA, to tworzenie Simów. W trójce każdy z nich jest zupełnie wyjątkowy. Tym razem nie wybieramy już nieszczęsnego znaku zodiaku otrzymując zaprogramowany dla niego charakter, który ewentualnie możemy trochę zmodyfikować. Teraz spośród szeregu różnorodnych cech możemy wybrać pięć, które stworzą niepowtarzalną osobowość naszego Sima, a następnie z pięciu zaproponowanych dla każdego zestawu cech pragnień życiowych wybieramy jedno. Możemy również określić ulubiony kolor naszego Sima, muzykę czy potrawę, a także jego ton głosu. I, co również ważne, współlokatorzy nie muszą już mieć tego samego nazwiska. Dla każdego z członków rodziny jest ono wybierane oddzielnie, a nazwizko i imię Sima możemy zmienić w godzinach otwarcia miejskiego Ratusza.    PLUS nr 3: CAS  Panel Create a Sim został znacznie rozbudowany i poszerzony o cała masę dodatkowych opcji. Nasze Simy stają się coraz bardziej realistyczne! Teraz Sim nie musi być gruby albo chudy. Mamy do dyspozycji suwaki pozwalające zmienić zarówno masę ciała, jak i masę mięśniową, odcień skóry i długość rzęs. Podobnymi suwakami możemy też modyfikować każdy element twarzy Suma. Dodatkowo możemy dowolnie bawić się kolorami dosłownie wszystkiego zaczynając od ubrań, butów (które w trzeciej części gry są osobnym elementem stroju), a kończąc na odrostach włosów czy pasemkach. Jakby było mało, możemy zaopatrzyć naszego Sima w różne rodzaje piegów i pieprzyków. Hmmm.... A może Marilyn Monroe? XD   PLUS nr 4: Być jak Bob Budowniczy  Tak! Nareszcie ograniczenie w budowaniu zostały znacznie zmniejszone. Teraz możemy ustawiać meble pod także pod kątem, a każda kratka parceli została dodatkowo podzielona na cztery części - możemy zatem ustawić np lampę pomiędzy dwoma kratkami siatki. Prawda, że fajne? Do tego możemy budować piwnice, garaże, a wszystko (dosłownie WSZYSTKO) w dowolnych kolorach i wzorach.    PLUS nr 5: Właśnie tak wygląda moje miasto nocą!  Rzecz która dla mnie ma chyba największe znaczenie (nie wiem, czemu umieściłam ją dopiero na piątym miejscu). W dwójce wkurzało mnie to, że mój Sim sobie żyje, poznaje kogoś, kto w momencie poznania ma 20 dni, mija jakiś czas, Sim zawiera związek małżeński z poznaną osobą i okazuje się, że podczas gdy nasz Sim ma już 30 dni, jego druga połówka ma ciągle... 20! W The Sims 3 historia naszego Sima jest częścią historii Miasta. Podczas gdy toczymy rozgrywkę w okolicy naszego domu, całe miasto żyje swoim życiem - sąsiedzi umierają, rodzą się nowe dzieci - pod tym względem gra staje się coraz bardziej realistyczna. Poza tym, nie ma już tak, że równo o godzinie szóstej robi nam się jasno, a o osiemnastej ciemno. W trójce pojawiły się wschody i zachody słońca, więc przejścia pomiędzy dniem a nocą są bardzo płynne. Dodatkowo słońce rzuca cień zależny od jego położenia, a nocą niebo jest pięknie rozgwieżdżone. Uwielbiam tą zmianę!   PLUS nr 6: Karierowicze  Starać się o pracę nasz Sim może w różny sposób: czytając gazetę, przeglądając Internet i - nowa opcja - składając CV w wymarzonym miejscu pracy. Dodatkowo nie musimy czekać biernie, aż nasz bohater wróci z pracy - mamy do dyspozycji szereg interakcji jak np. pracuj ciężko, wyluzuj, poznaj współpracowników, podlizuj się szefowi itp. Otworzyły się przed nami także nowe ścieżki kariery. Oprócz starych zawodów takich jak kucharz, przestępca czy policjant, nasz Sim może zostać np muzykiem lub astronautą. A żeby możliwości było więcej każda kariera dzieli się na ścieżki, czyli np. wybierając karierę muzyczna w jej finałowym etapie możemy zostać np. kompozytorem hitów filmowych lub gwiazdą rocka. Możliwości w tej dziedzinie są bardzo duże. Zmieniła się także forma pensji. Teraz jest ona wypłacana nie jako dniówka za przyjście do pracy. Wprowadzony został system godzinowy, w którym Sim dostaje wynagrodzenie za konkretną ilość przepracowanych godzin. Wzrosła także  liczba awansów, do których nie jest już potrzebne posiadanie określonej liczby przyjaciół. Nasz Sim może również podjąć pracę dorywczą, np. na cmentarzu, w księgarni lub w SPA.    PLUS nr 7: "Twoja stara jest lamą!"  Pojawiły się nowe opcje w relacjach międzysimowych. Teraz klikając na sąsiada mamy do dyspozycji relacje w pięciu kategoriach: zabawne, przyjazne, wredne, romantyczne, specjalne. Ponieważ Simy mają zaprogramowaną wolną wolę, szczerze rozbawiło mnie, kiedy Fabian - mój Sim któregoś dnia dość konkretnie wkurzył się na swoją żonę i wykorzystując jedną z "wrednych" opcji powiedział jej, że jej matka jest lamą... XD Do tego bardzo podoba mi się nazywanie relacji po imieniu - teraz zniknęli tacy "po prostu członkowie rodziny", a zastąpili ich: matka, ojciec, brat, siostra, dziadek, babcia, wujek, ciotka, macocha, ojczym, siostra przyrodnia, brat przyrodni itp. To znacznie ułatwia orientację, zwłaszcza kiedy rodzina jest liczna i mieszka w różnych domach.   PLUS nr 8: "Kto czyta, żyje wielokrotnie"  Kupujemy książki! Dzięki nim Sim może oddać się rozrywce w postaci szeroko pojętej literatury, poznać nowe przepisy, nauczyć się piosenek i zdobyć różne inne przydatne umiejętności.  Sim może także pisać własne książki z zakresu różnych gatunków, którym sami możemy nadawać tytuły. Ot, mój Fabian zarabia na życie właśnie pisaniem i to całkiem niezłe sumki...    PLUS nr 9: "Drobiazgi"  Kilka ostatnich zalet najnowszego dziecka EA postanowiłam umieścić w jednym punkcie. Po pierwsze: płynna ciąża. Od teraz brzuch naszej Simki nie wyskakuje znienacka jak góra lodowa przed Titanikiem. Ciąża rozwija się płynnie i nawet nie zauważamy przejść pomiędzy jej kolejnymi etapami. Dodatkowo pojawiła się opcja rodzenia dziecka w szpitalu. Po drugie: Możemy mieć na trawniku niezliczoną ilość gazet i nie pojawia się monit o zaprzestaniu usług dostarczania maku... prasy. Teraz usługę tą możemy anulować wykonując jedno połączenie telefoniczne. Gazety roznosi dziecko na rowerze, a nie, jak to było w dwójce, nastolatek. Po trzecie: jeśli denerwuje nas okres niemowlęcia lub małego dziecka możemy szybko spowodować przejście do następnego etapu wiekowego. Wystarczy kupić tort i zdmuchnąć świeczki. Po czwarte: Zniknęły wskaźniki komfortu i wystroju. Pojawiły się za to obrazki symbolizujące poszczególne elementy nastroju Sima. Jeśli np. nasz Sim zje dobry obiad w restauracji, to będzie szczęśliwy przez dłuższy czas. Do uszczęśliwiania Simów polecam zabiegi pielęgnacyjne w SPA. Po piąte: Jeśli nasz Sim się wyspał, nie musi już zrywać się o nieludzkiej porze, w środku nocy. Teraz możemy ustawić pobudkę na rano. Po szóste: Chociaż na początku mamy do dyspozycji tylko jedno miasto, EA oferuje drugie do pobrania za darmo z thesims3.com. Dodatkowo na stronie zostało udostępnione również narzędzie pozwalające tworzyć własne światy - takie jakiego używają graficy z EA. Po siódme: Na simowym portalu społecznościowym możemy dzielić się z innymi swoimi wytworami, a także pobierać kreacje innych użytkowników gry na tzw. Giełdzie Wymiany. Znajdziemy tam domy, Simów, rodziny, ciuchy, meble, światy, a nawet wzory tkanin i kolory włosów.   Po ósme: Mamy do dyspozycji wyposażenie, w którym Sim może trzymać różne rzeczy: jedzenie (które się psuje), książki, zabawki, a nawet samochód. Po dziewiąte: Simy mogą rozmawiać z duchami, a kolor ducha jest determinowany przez sposób, w jaki umarł. Po dziesiąte: Możemy pstrykać fotki telefonem! Po jedenaste: Widzimy potrzeby niemowląt. Już nie trzeba się domyślać czemu płaczą! Po dwunaste: Zamiast rzeczowych nagród aspiracji otrzymujemy do wyboru pewne unikatowe cechy i umiejętności dla naszego Sima. Ponadto, przeprowadzka do nowego domu nie powoduje utraty nagród aspiracji, ale zmiana aktywnej rodziny - owszem. Po trzynaste: Simowie doskonale wiedzą, które łóżko należy do nich i nie śpią w łóżku matki, siostry czy współlokatora.     Minus nr 1: "Jak jeździsz, baranie?!"  Pomimo wielu zalet, trzecia część simowej sagi ma też kilka niedociągnięć. Pierwszą z nich jest jazda samochodem. Otóż Sim do niego... nie wsiada (co miało miejsce w dwójce). Po prostu przywołuje auto (najczęściej stojące obok domu) breloczkiem, a ono pojawia się, po czym nasz Sim znika i pojawia się wewnątrz. Nie wiem kto im dał prawko, ale podczas jazdy pojawiają się sprzeczności: kiedy za wolniejszym autem jedzie szybszy model, po prostu przenika przez auto jak duch. Oprócz tego Simy nie zwracają najmniejszej uwagi na jakiekolwiek zasady ruchu drogowego - zupełnie jak w Indiach...   Minus nr 2: Wielkie żarcie  Zniknęła totalnie opcja sprawdzania zapasów w lodówce. Simy owszem, mogą wybrać się do sklepu spożywczego, jednakże lodówka wydaje się być bez dna. To samo z ubraniami - wprawdzie możemy w każdym momencie gry edytować naszego Sima w CAS i tworzyć mu po kilka zestawów ciuchów na każdą okazję, ale konieczność zakupu ubrań w sklepie wydawała mi się bardziej atrakcyjna.    Minus nr 3: Baby Boom  Fajnie, że w grze oprócz bliźniaków mogą pojawić się także trojaczki. Tu jednak autorzy gry postanowili chyba wrócić do korzeni, czyli do rozwiązać z pierwszej wersji sagi. Nie znajdziemy bowiem przewijaka. Zmiana pieluszki odbywa się przez podrzucenie dziecka.   Minus nr 4: Marchewkowe Pole  Próżno w książce telefonicznej szukać ogrodnika. Owszem, Sim może dbać o samodzielnie zasadzone rośliny, jednakże te, które zakupiliśmy przez tryb budowania pozostają niewzruszone i nie trzeba ich podlewać ani przycinać. Nie znajdziemy też instytucji barmana. Każdą imprezę musimy przygotowywać samodzielnie. Dobrze, że chociaż baloniki zostały...    Podsumowując: uważam, że jednak warto zamienić "Simsy" na lepszy model. ;)  
			&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
			&lt;a href="http://www.students.pl/community/blog/post/33716/The-Sims-3-Okiem-Gracza/trackrss"&gt;Pokaż ten post&lt;/a&gt;&lt;br/&gt;
			&lt;br/&gt;
		</description><link>http://www.students.pl/community/blog/post/33716/The-Sims-3-Okiem-Gracza/trackrss</link><pubDate>Wed, 20 Jan 2010 00:08:05 +0100</pubDate></item>
  </channel>
</rss>
