Łukasz Orbitowski: Co demony lubią najbardziej
Daniel Podolak - Witaj Łukaszu, wiem że zagościłeś na tegorocznym konwencie Grojkon. Podczas twej wizyty ludzie mogli usłyszeć fragment twojej długo oczekiwanej książki Widma. Czy mógłbyś coś o niej zdradzić tym których tam zabrakło?
Łukasz Orbitowski: To był jedynie krótki fragment obszernej całości. Książka w obecnej wersji ma ponad milion znaków, przeczytałem parę stron nie tyle reprezentatywnych, co makabrycznych, bardzo makabrycznych, wiem, bo ludziom oczy się szkliły. Sam zamysł na „Widma” jest dość karkołomny. Alternatywna Warszawę lat pięćdziesiątych, niezniszczoną przez powstanie obserwujemy oczyma poety Baczyńskiego, uwikłanego akurat w pozamałżeński romansik. Jest pewien cyniczny milicjant, jest regularny wariat, który wraca do stolicy prosto z więzienia za Armię Krajową, i tak dalej i tak dalej. W pewnym momencie, Warszawa znajduje się w sekwencji dziwnych wydarzeń, które czytelnik, mam nadzieję, odbierze ze zrozumieniem, bohaterowie niekoniecznie. No i trzeba powiedzieć, że „Widma” będą pierwszą powieścią silnie osadzoną w horrorze, ale i wyraźnie wykraczającą poza ten gatunek, znajdziesz przecież i historię alternatywną, i romans, jakies wątki historiozoficzne, przesłuchaniowe, tak mówię Ci i mówię, a przecież wszystko rozgrzebane, przerabiam pierwszą wersję na drugą, w moim mniemaniu doskonalszą, czyli, mówiąc krótko: „Widma” są napisane. Nie wiem, co będzie w „Widmach”.
Od twojego książkowego debiutu w postaci Złych Wybrzeży minęło dwanaście lat. Jak postrzegasz swój dorobek literacki przez ten pryzmat czasu? Są w nim teksty z których nie jesteś zadowolony?
Och, masa. Jestem chyba królem puszczania nieudanych tekstów, weźmy choćby ten nieszczęsny debiut, licealny, młodzieńczy, szczęśliwie niskonakładowy. I mówiąc zupełnie szczerze, bardzo wiele rzeczy mi nie wyszło, z najróżniejszych względów. Nie dorosłem do tematu. Przerosłem temat. Napisałem nie tak, jak trzeba było napisać. Nie będę rzucał tytułami, ale trochę tego się zebrało. Wynika to z wielu czynników, na przykład: zawsze zasiadam do tekstów, których nie umiem napisać. Bo skoro umiem, to po co pisać? Więc się męczę, klecę kolejne wersje, podsyłam przyjaciołom i męczę się znowu, do skutku. Wszystkie moje powieści powstały tą drogą i nie planuje zmian w tym zakresie, z drugiej jednak strony, jak każdy człowiek unikam wysiłku i cierpienia, czasem się poddam, czego potem żałuję. Niekiedy znów, coś co napisałem wydaje mi się wspaniałe, choć wcale nie jest, zdarza mi się pracować pod presją czasu, co najczęściej jest bardzo korzystne, ale czasem nie. W najlepszej z możliwych ewentualności, odklejam się kompletnie. Miałem ostatnio w rękach „Tracę ciepło”, przeczytałem parę stron z niekłamanym zainteresowaniem, jak powieść kogoś innego. Nic nie pamiętam.
Przylgnął do Ciebie przydomek piewcy osiedlowego horroru. Był powieściowy Kraków, Wrocław czy przyjdzie czas na Warszawę ?
Nie sądzę, choć na pewno o Warszawie będę pisał, całe „Widma” są o niej i nie o niej, bo jednak jest to Warszawa, której nigdy nie było. Ale osiedlowy horror raczej odpuszczę, z tego prostego powodu, że jednak latka lecą. Facet przed trzydziestką mógł napisać „Horror show” z tymi wszystkimi blokowymi grepsami, ja już nie mogę, bo przecież nie wiem jak teraz żyje młodzież na osiedlu, co organizuje ich wyobraźnię i jakich słów używają, żeby te marzenia zwerbalizować. Mógłbym się nauczyć, tylko po co, skoro o tym już pisałem, moje życie się zmienia, rzuca nowe tematy, brakuje czasu, myśli i siły w plecach, żeby się zgarbić nad nimi.
Wśród współczesnych rodzimych autorów grozy ty jako jedyny z niewielu trafiłeś do mainstreamu. Można by rzec, że spoczywa na Tobie wielka odpowiedzialność za to jak obecną kondycję horroru postrzegają krytycy. Niektórzy uważają, że to dzięki Tobie ten gatunek zyskuje nobilitację.
Rozmawiałem ostatnio z kolegą po piórze na ten temat i wątpię, żeby krytyk literacki w Polsce przejmował się kondycją horroru. Nie wydaje mi się też, aby polski horror potrzebował abym brał za niego odpowiedzialność, jeśli tak, to znaczy, że jest z nim bardzo źle. To przecież nie kobieta porzucona w ciąży, prawda? Wyobraźmy sobie, że przychodzi mi pomysł na powieść sensacyjną, albo obyczajową i co, mam go porzucić w imię lojalności gatunkowej? To by dopiero było: Łukasz Orbitowski wypiera się swoich korzeni. Zrozum mnie dobrze, życzę gatunkowi jak najlepiej, ale pisząc myślę tylko o książce, która powstaje w komputerze, promując potem tę książkę promuję ją właśnie i siebie przy okazji. Pomogłem paru autorom związanym z horrorem, choć gdyby horrorów nie pisali, pomógłbym także. Każdy odpowiada za siebie, co może przełożyć się na wzmocnienie pozycji literatury grozy w naszym smutnym kraju. Ale, jeszcze raz – nie wierzę w żadną samopomoc. Ludzie po prostu muszą pisać. Szczerze? Słyszałem o głosach, że nie czynię nic, aby względny przecież sukces, który odniosłem rozszerzyć na innych, pierwsza rzecz, jednak czynię, druga, jestem pewien, że nie powinienem tego robić. Jak dotąd wychodziły Ci powieści mocno osadzone we współczesności. W twojej ostatniej książce Nadchodzi zerwałeś z tym kierując się ku stronie historii. Wynikło to z osobistych fascynacji czy też z faktu, że jest to temat często lekceważony przez fantastów?
Bo ja wiem, czy lekceważony? Co z „Lodem” Jacka Dukaja, „Wiecznym Grunwaldem” Twardocha, powieściami Jacka Komudy? Historia przyszła sama i powoli mam jej dosyć, choćby dlatego, że prócz „Widm” dopinam także sztukę teatralną, horror o żołnierzach wyklętych, tymczasem, trzeba jasno powiedzieć, nie jestem historykiem, nie mam drygu do systematycznego zdobywania wiedzy i opanowanie jakiejś jej dziedziny, choćby wąskiego fragmentu zajmuje sporo czasu. Zależy mi jednak, aby każda książka różniła się od poprzednich, napisałem trzy powieści osadzone mocno we współczesności i zrozumiałem (kasując powieść numer cztery), że zatkałem się kompletnie, że musi upłynąć parę lat, coś musi się zmienić, abym mógł wrócić do wątków współczesnych. A potem wydarzyły się przypadki. Przypomniałem sobie „Hubala” z Filipskim, na strychu u ojca natrafiłem na wspomnienia ubeka wyuczonego w wykańczaniu partyzantki antykomunistycznej i przyszło mi do głowy, że mam temat literacko ledwie zapoznany, mocny, potem już poszło i jak lumbago, trzyma do dziś. W Nadchodzi zawarłeś dwa opowiadania które wcześniej ukazały się w dwóch różnych antologiach. Dlaczego akurat „Cichy Dom” i „Gwiazd się strzeż i w dymie się kryj”?
Trzy. Był jeszcze „Popiel Armeńczyk”. Tu sprawa jest prosta. Chciałem wydać klasyczne best of z dołączonym premierowym kawałkiem. Złożyło się tak, że bonus track okazał się tym właściwym, zdominował całą książkę.
Jakiś czas temu powstały prace nad zekranizowaniem twej powieści Horror Show. Jak przebiega to teraz?
Przebiega jak zawsze, czyli doświadcza finansowych trudności. Nie wiem kiedy ten film powstanie, ale też nie zaprzątam sobie tym głowy. Zrozum mnie dobrze, jak każdemu pisarzowi mi też śnią się filmowe adaptacje w gwiazdorskiej obsadzie, ale to, akurat, jest zupełnie poza mną, nie jestem filmowcem i nie potrafię docierać do producentów. Raz na czas zgłasza się do mnie jakaś firma zainteresowana kręceniem filmu na podstawie czegoś, co napisałem. Daję zielone światło i czekam do dziś, więc naprawdę trudno mi się emocjonować tym, że ktoś akurat chce mnie kręcić. Jeśli nakręci, jeśli film wejdzie do kin, inaczej porozmawiamy
Czy są pewne granice brutalności których Łukasz Orbitowski by nie przekroczył?
Chyba nie. Ale wszystko, także brutalność – musi mieć swoje uzasadnienie. W każdej książce umieszczam jedną scenę, bardzo mocną, takie przekroczenie, z oczywista intencją zaszokowania czytelnika. Zorro ma swój znak, ja swój. Ale każdy tekst literacki musi mieć swój rytm, swój nastrój i swoją wymowę. Czasem wymaga to bardzo dużej dawki brutalności, pornografii przemocy, czasem znów odwrotnie. Nie mam żadnych skrupułów, co nie znaczy, że musze ochlapywać juchą każdą stronę. Wtedy nie będzie widać niczego innego, prawda?
Z całego asortymentu upiorów, po jakie nigdy byś nie sięgnął?Bo ja wiem? Upiory pojawiają się na końcu, jako dopełnienie, zjawiają się też same z siebie i nie mam tu za wiele do powiedzenia. Z klasycznych figur miałbym problemy z wampirem, wcale nie dlatego, że wydaje mi się nie interesujący, po prostu nie znajduję metody na przewartościowanie obecnego ich obrazu, wygenerowanego przez „Zmierzch”, „True blood” i tym podobne. Kiedy się naumiem, spróbuję. Albo i nie.
Demony które każą ci pisać nawiedzają Cię najczęściej w bezsenne noce czy też za dnia podczas śniadania?
Z tym jest różnie, jednak z wyłączeniem wymienionych przez Ciebie przypadków. Bezsenne noce przynoszą ogrom pomysłów, upiory, które wówczas przychodzą są wyjątkowo inspirujące, a kiedy wreszcie nad ranem czuję że sen nadchodzi zasypiam w komfortowym poczuciu zdobycia czegoś ważnego, pomysłu na książkę, opowiadanie, na rozwiązanie jakiegoś węzła fabularnego, potem się budzę i myślę: cholera, miałem fajny pomysł w nocy, ciekawe co to było. Rzadko zdarza mi się wstać po nocy, przejść do gabinetu, żeby coś zapisać. Do śniadania oglądam telewizję i z wolna odzyskuję przytomność, wgapiony w teledyski na VIVie lub w Weronike Diallo zapowiadająca pogodę w TV Warszawa, co znów umiarkowanie skłania do pisania. Poza tym, wszystko się nadaje. Chcesz wiedzieć co demony lubią? Siłownię, jazdę pociągiem i puste pokoje hotelowe. Wiedziałeś to o nich?
Jako autor siedzisz głęboko w realizmie. Świat, bohaterowie i język przedstawieni na kartach powieści wychodzą u Ciebie szalenie sugestywnie. Czy taki był plan od samego początku twej literackiej kariery?
Nie, bo nie miałem planu żadnej kariery. Po prostu pisałem. I do dziś ze zdziwieniem stwierdzam, że ta warstwa obyczajowa „działa”. Pisze to co widzę, a potem czytelnicy, przyjaciele mówią mi że „to jest to”, robię wtedy zdziwioną minę, bo opisywanie współczesności przychodzi mi bez żadnych kłopotów, wydaje mi się, że akcentuję coś innego, jednak czytelnicy wiedzą lepiej. Obyczaj ma jednak wartość. Nie ma już giełdy, która opisałem w „Horror show”, mało kto pamięta Kazimierz taki, jaki opisałem w „Tracę ciepło”, dla mnie zawsze to był dodatek, coś co przychodzi szalenie łatwo i co, jak wiem po latach, równie łatwo może zostać utracone.
Czy między Tobą a Jarkiem Urbaniukiem dojdzie jeszcze do współpracy przy kolejnych powieściach?
Prawdopodobnie tak, ale znów: Pies i Klecha wzięli się z tego, że nie musieliśmy pisać razem i dalej nie musimy. Zapewne już teraz siedzieliśmy przy jakimś tekście, ale Jarek zajmuje się w tej chwili pisaniem bestsellerów kulinarnych, ja mam grafik zaplanowany na dwa lata do przodu. Schodzimy się nieustannie, lecz przy wódeczce. Na zejście literackie musimy jeszcze poczekać.
W 2012 będziemy mogli ujrzeć pełnometrażowy film animowany Hardkor 44 w reżyserii Tomasza Bagińskiego do scenariusza napisanego przez Ciebie wspólnie z Piątkowskim. Zdradź coś więcej o samym projekcie.
Trudno mi tu coś powiedzieć. Powinieneś zapytać Tomka Bagińskiego. My z Tobiaszem Piątkowskim zrobiliśmy swoje, rzecz jak zwykle leży w pieniądzach, ogromnych w wypadku tego projektu. Stąd tez nie wiem na ile wizja końcowa będzie zbieżna z tym, co zdecydowaliśmy się zaproponować. W każdym razie dobrze wspominam współpracę z Tobiaszem i Tomkiem. Może kiedyś to powtórzymy.
Rozmawiał
Daniel Podolak
Zaloguj się lub zarejestruj 