"Biblia dziennikarstwa" - recenzja książki
Dziennikarstwo to jeszcze nie religia. Chyba. Bo w sumie jeśli spojrzeć szerzej, to na pewno znajdą się tacy, którzy składają pokłony mediom. A już na pewno w niejednym domu padły prośby i usilne błagania w kierunku telewizora, radia czy gazety. Gdy znowu w niedzielę pojawiły się same powtórki, a w dzienniku nie napisano nic nowego. I "o Matko Boska!" czy "O Boże!" też na pewno niejednemu się wtedy wyrwało.
"Biblia dziennikarstwa" to w zamyśle autorów takie "Pismo Święte" dla młodych dziennikarzy. Dogmaty dziennikarstwa i przykazania jak poruszać się w tej dziennikarskiej świątobliwości. Jak sprawić, by widzów, słuchaczy i czytelników było jeszcze więcej. "Wyznawców".
Patos i nawiązanie do Biblii pojawia się już w tytule. I tam też kończy. Mijamy okładkę, stronę tytułową - jedną, drugą i już jesteśmy na ziemi. Ale z tego biblijnego raju nie spadamy z hukiem. Bo już czekają na nas Ci, którzy dziennikarstwo znają od podszewki. Prowadzą czytelnika za rękę jak gdyby był małym dzieckiem i dokładnie, tak krok po kroku, odkrywają przed nim arkana dziennikarstwa. Bez przyspieszeń, powoli. Andrzej Skworz, redaktor wydania napisał we wstępie do książki, że "Biblia dziennikarstwa" ma być takim "największym uniwersytetem dziennikarskim w naszym kraju - na najwyższym poziomie i z najlepszą kadrą". Tylko na której uczelni profesorowie zwracają się do swoich studentów per "ty" i gdzie mają tyle czasu i cierpliwości, by na czynniki pierwsze rozkładać niektóre swoje materiały? Utopia.
Trzeba przyznać rację, że takiej książki na polskim rynku jeszcze nie było. Nikt dotąd nie napisał o dziennikarstwie tak wiele. Każdy z "wykładowców" to dziennikarz, osoba kompetentna, znana, z konkretnym dorobkiem. To ludzie popularni, którzy nigdy wcześniej w takich publikacjach się nie pojawiali. Justyna Pochanke, Kuba Wojewódzki, Kamil Durczok, Szymon Hołownia, Wojciech Jagielski czy Henryk Sawka - to tylko niektóre nazwiska, które podaję jako taką zanętę - przynętę. Bo to niewątpliwa zaleta tej książki. Każdy z nich wykorzystał swoje "pięć minut" w "Biblii dziennikarstwa" w inny sposób. Jedni moralizowali, drudzy wprost zniechęcali do przygody z dziennikarstwem, jeszcze inni po prostu opisywali swoje początki, wzloty i upadki. I właściwie można to powiązać z wykładami, o których wspomniał redaktor książki. Bo jest tak samo "sucho", bez poparcia konkretnymi przykładami. Nie dowiemy się szczegółów - jak na przykład powinien wyglądać lead dobry, a jak zły. Praktyczne ciekawostki pojawiają się czasem, ale to zależy tylko od dobrej woli prowadzącego. Coś jak taka prezentacja w PowerPoincie. Albo się wyświetli i wyjaśni wszystko albo się wyświetli, ale tylko zaciemni obraz powstały w myślach albo w końcu nie wyświetli się wcale i tylko pozostawi niedosyt. W tym przypadku głównie to drugie i trzecie rozwiązanie.
"Kompendium wiedzy", "istna skarbnica" - jak już powoli zaczyna się mówić o "Biblii dziennikarstwa" na uczelnianych korytarzach - to zdecydowanie doskonała książka na początek dziennikarskiej drogi. Pobudzi szare komórki czytelnika do myślenia, czy taka praca to faktycznie jego marzenie. Dodatkowo wskaże różne spojrzenia na dziennikarstwo. Aż trudno uwierzyć, że jest ich tak wiele! Bo podział: prasa, online, radio, telewizja to już dzisiaj za mało. "Biblia" jest podzielona tematycznie na: news, dziennikarstwo śledcze, ekonomiczne, specjalistyczne, sportowe oraz relacje, korespondencje, reportaż i dokument. Do tego dochodzi praca operatora, infografika czy fotografa... i mamy cały dziennikarski komplet. Takie klocki, które połączone w jedną całość budują naszą medialną rzeczywistość. A może fikcję?
Karolina Horoszko
Zaloguj się lub zarejestruj