Jimi Hendrix „Valleys of Neptune” oczami Joozca i Sabirousa. Megarecenzja
Redakcja Students.pl - Jimi Hendrix wydał nową płytę! Tfu, jego spadkobiercy wydali, przy okazji głośno reklamując „Valleys of Neptune” jako produkt zawierający 12 niepublikowanych wcześniej utworów. Jaki deszcz spadł z tej wielkiej chmury? Dyskutowali o tym Joozec i Sabirous. Jeżeli p...
Jimi Hendrix wydał nową płytę! Tfu, jego spadkobiercy wydali, przy okazji głośno reklamując „Valleys of Neptune” jako produkt zawierający 12 niepublikowanych wcześniej utworów. Jaki deszcz spadł z tej wielkiej chmury? Dyskutowali o tym Joozec i Sabirous. Jeżeli podoba Wam się format recenzji, to dawajcie znać w komentarzach, a postaramy się, aby pojawiło się więcej podobnych materiałów.
Jurek: Yo! Przyszło nam zrecenzować nową płytę studyjną Jimiego Hendrixa. Muszę przyznać, że chyba zostaliśmy zrobieni w balona - na „Valleys Of Neptune” znajduje się tylko pięć (na dwanaście) niepublikowanych nigdzie wcześniej utworów. Nie wiem jak Ty, ale ja pod pojęciem „nowy album” rozumiem krążek, który w przeważającej części wypełniony jest nowościami (wiadomo - w ramach bonusów można wrzucić jakiś staroć)...
Tomek: Siema ziom :-) Niestety z przykrością muszę przyznać Ci rację, co oczywiście przychodzi mi z trudem. Naklejka, która widnieje na „Valleys Of Neptune”, zupełnie nijak ma się do zawartości płyty, która nie dość, że nie zawiera prawdziwych rarytasów (fani znali niektóre nagrania z innych wydawnictw), to jeszcze kosztuje duże pieniądze, „Nabici w butelkę”, byłoby chyba określeniem doskonale opisującym całą tę sytuację… Nie wiem co o tym wydawnictwie myśleć, Jimi Hendrix, jest postacią kultową, wręcz legendarną. Kiedy słucham tej „najnowszej propozycji”, od razu nasuwa mi się wypowiedź, która jak mantra przewija się przez większość muzycznych książek i czasopism: „Jimi był Wielki”. Nie chcę, by ktoś pomyślał, że drwię i staram się podważać autorytet jednego z najwspanialszych muzyków. Ale dla mnie „Valleys Of Neptune” brak jest magii, i tego czegoś niepowtarzalnego... Gdy słucham zakręconych dokonań Eddiego Van Halena (solo z „Without A Net”), utworu „For The Love Of God” Vaia, wiem, że ludzie stojący na scenie, szukają zgubionej z wrażenia swojej szczęki. Przy tej płycie, pojawia się natomiast lekki uśmiech zażenowania...
Jurek: Ok, mogę przeboleć już ten brak wielu nowości, bo w sumie z bardzo znanych utworów są tylko trzy: „Stone Free”, „Fire” i „Red House”. Przyznam Ci się, że o ile tutejsza, nieco zmieniona, wersja pierwszego z wymienionych nieco mnie męczy, tak rozbudowany „Czerwony Dom” jest dla mnie najlepszym fragmentem tej płyty. Osiem minut klasycznego bluesa - dla mnie bomba! Jak u Ciebie z „czuciem” tych kawałków?
Tomek: Czuję lekkie zmęczenie materiału. Lecz na pewno muzyka, słowa, nie są efektem nacisków z zewnątrz, tylko swobodną interpretacją myśli Jimiego. Nie ma w nich presji środowiska fonograficznego, wydaje mi się, że zespół kiedy nagrywał ten materiał, miał okazję przygotować zaledwie ślady i zarysy utworów, z których dopiero udałoby się w przyszłości zmontować coś głębszego. Materiał „czystszy” i „pewniejszy”, pozbawiony przypadkowych dźwięków, bo jak dla mnie, jest to jeszcze wszystko płynne, i brak tutaj wyraźnie głównego spajającego fundamentu.
| Jurek: Mnie przypadły do gustu, mimo wspomnianych przez Ciebie niedociągnięć, covery „Bleeding Hart” Elemore Jonesa (fajnie pulsujący bas) i „Sunshine Of Your Love” z repertuaru grupy Cream (brawurowe instrumentalne wykonanie klasyka), które znalazły się na koncertówce „Experiance”. Dobrze wiemy, że Hendrix jak już się brał za cudze utwory (vide „Hey Joe”, „All Along Watchtower”) - robił to znakomicie. Tutaj się to potwierdza, nie sądzisz? Faktem jest jednak to, że w wersjach koncertowych kopały one zdecydowanie bardziej. Osobiście nie waham się postawić jego występów obok koncertów artystów przez Ciebie wymienionych. |
Tomek: Ja też się nie waham, ale może problem polega głównie na tym, że osoby które wymieniłem, na mapie gitarowego świata są ulokowane o nieco później, i jest to jednak inna muzyka, oddalona od bluesa. Może Cię zdziwi, ale podoba mi się pierwszy utwór „Stone Free”, w którym te przeraźliwie wysokie refreny są całkiem zabawne i znacznie odstają od całej reszty płyty. Sam utwór tytułowy („Valleys Of Neptune”) to już stricte korzenny blues, podobnie jak oparty na tematyce podróżniczej: „Hear My Train A Comin”. No, dobra, a co myślisz o brzmieniu płyty? Nie jestem do końca przekonany o jego sile, ze względu na to, że znając życie, sztab specjalistów od efektów specjalnych grzebał przy tym swoimi sterylnymi łapkami w gumowych rękawiczkach chirurgicznych. Na pewno mocno odszumili pierwsze ślady studyjne i wyrównali niektóre ścieżki (poziomy). Mix nie ma dla mnie jaj, jest za czysto, czepiam się?
Jurek: Hmm, w sumie „Stone Free” może faktycznie nie jest tak złe, niemniej ja tam wolę jego pierwszą wersję. Co do brzmienia - panuje między nami absolutna zgoda! O ile w latach 60. i 70. tak analogowo ustawione gałki były standardem, tak teraz jakoś się nie godzi… Może chodziło o oddanie „ducha czasu”? Ale skoro wspomniałeś już o utworze tytułowym, to powiedzmy może co nieco o kawałkach dotąd niepublikowanych. Mnie najbardziej podoba się właśnie „Valleys of Neptune” - charakterystyczna dla Hendrixa lekkość i dobra melodia sprawiają, że zdarza mi się nucić go przy goleniu. Tak w ogóle - Ty też tak masz, że podśpiewujesz do lustra skrobiąc się maszynką po twarzy:-)?
Tomek: Przy goleniu to się skupiam drogi kolego, bo twarz mam jedną, a nożyki „Mach 2010S36” z siedmioma ostrzami, tną cholernie niebezpiecznie. Nie mam zamiaru chodzić okaleczony, przez muzyczne pogwizdywanie... No, ale jeśli już jesteśmy przy tym temacie, to w wannie, prysznic staje się imitacją mikrofonu. Próbowałeś kiedyś „zaśpiewać” (Carnal) Vadera, kiedy do ust nalewa ci się gorąca woda hehe:-)?
Jurek: Vadera nie, za to ostatni Behemoth był elementem moich wokalnych popisów w łazience - jestem pewien, że sąsiedzi nie byli zachwyceni:-). Skoro mówimy o rzeczach mniej ważnych: nie wiem czy słyszałeś, ale na Glastonbury mają zamiar urządzić koncert Jimiego, tzn. na wielkim ekranie zaprezentować jakiś jego archiwalny występ. Ja w takim razie domagam się, by w Wielki Czwartek w kościołach retransmitowano Ostatnią Wieczerzę sprzed 2000 lat...
Tomek: Tak naprawdę to mnie to nie dziwi, ale być może skoro ktoś chce wskrzeszać umarłych muzyków na telebimowych koncertach, niedługo doczekamy się serii koncertów pod tytułem: „Zmarli w wieku 27 lat”… Po Hendrixie przyjdzie kolej na występ Janis Joplin, oraz Kurta Cobaina. Może pojawi się także Layne Staley z Freediem Mercurym? A na sam koniec zaśpiewa Michael Jackson…
Jurek: Fucking business is fucking business. Jak widać na trupach zarobić też można, ech.
Pozwól, że powrócę do tematu nowości na płycie. Gorzej w moim odczuciu prezentują się pozostałe. „Mr. Bad Luck” i „Ships Passing Through The Night” brzmią tak, jakby Jimiemu nie za bardzo chciało się ich grać. Ciekawe, czy gdyby żył, zdecydowałby się wydać je na jakiejś płycie? Nieco przyjemniejsza jest instrumentalna „Lullaby For The Summer” - w tle pobrzmiewają znajome puste nuty lub zabawy z kaczką, specyficzny przester jasno pokazuje czyja to robota. Niemniej i tu nie mogę pozbyć się wrażenia, że dźwięki te nie mają kopa i tego błysku geniuszu. Może się starzeję? :-)
| Tomek: Z takimi nagraniami niestety jest tak, jak ze specjalistycznymi boxami dla fanów... Np. „With The Lights Out” Nirvany. Jeśli jesteś fanem czyjejś twórczości, prawdopodobnie będziesz cieszył się z każdego, nawet najbardziej odpychającego nagrania. Jeśli do końca tej muzyki nie rozumiesz, a pojęcie „fan” (danej sztuki) kojarzysz tylko ze słownika, zrazisz się... Myślę, że ja jestem tego przykładem, ponieważ, spodziewałem się tutaj jakiś niesamowitych fajerwerków, których w moim mniemaniu nie otrzymałem. Uważam, że takie wydawnictwo nie musiało czekać tyle lat na publikację, i można było je wypuścić już o wiele wcześniej. |
Jurek: Jako sprzedawca to bym go z radością opchnął - w EMPiKu kosztuje 76 zł. Za to jako wielki fan Jego Wysokości Jimiego H. powiedziałbym kupującemu: płyta „Valleys of Neptune” mnie zawiodła.
Może miałem wobec niej zbyt wielkie oczekiwania (wszak wszystko co dobre, a nie wydane za życia Mistrza już dawno ujrzało światło dzienne), może niepotrzebnie nadmuchano balon zwany „nowy Hendrix”... Ciężko mi to jednoznacznie orzec. Wiem za to, że w moim odtwarzaczu nadal zdecydowanie częściej będą gościły klasyczne płyty Jednego z Najlepszych Gitarzystów w Historii.
Rozmawiali: Jurek Gibadło i Tomek Maślisz
Tytuł: Valleys of Neptune
Wykonawca: Jimi Hendrix
Kraj/rok: Wielka Brytania/USA/2010
Wydawca: Sony Music
Zaloguj się lub zarejestruj Czy brak im wyczucia? A czy Edge z U2, który większość swoich słynnych już riffów puszcza przez jakieś maszyny, bez których te same riffy brzmią płytko i słabo, jest kiepski w tym, co robi? Chyba nie, skoro znajduje uznanie u takich ludzi, jak Page.
Przyznam się szczerze, że mówienie o nich, że nie są muzykami, jest dość odważne i mówię to ja, człowiek, który wcale nie jest wielkim fanem obu panów. Wolę Frippa, Claptona i kilku innych.
.
Jesteście lepsi niż Whiskas

Słyszałam jeden albo 2 kawałki z tej płyty. Nuda, aż się chce wyjść z kina..
tak świetnej "recenzji" dawno nie widziałam 

