Osada Vida "Poprzez sen się resetujemy" - wywiad
Tomasz Maślisz - Pewnego razu wybrałem się do krakowskiego klubu „Studio” na koncert Riverside. Przyznam szczerze, że nie należę do fanatycznych wyznawców tej sceny, więc wszystkie widziane przeze mnie tego wieczoru zespoły obejrzałem spokojnie, bez zbędnych emocji. W dużym skupie...
Pewnego razu wybrałem się do krakowskiego klubu „Studio” na koncert Riverside. Przyznam szczerze, że nie należę do fanatycznych wyznawców tej sceny, więc wszystkie widziane przeze mnie tego wieczoru zespoły obejrzałem spokojnie, bez zbędnych emocji. W dużym skupieniu chłonąłem dźwięki, które ze sceny podawały nam supporty oraz gwiazda wieczoru. Mniej więcej w połowie przedstawienia, na scenie zainstalował się zespół Osada Vida. Ich koncert zwrócił moją uwagę, grali zupełnie inaczej niż inne kapele i dało się wyczuć pomiędzy tymi muzykami buzujące muzyczne feromony. Ta niezwykła chemia, wytwarzała różnej maści konsystencje dźwięków, które kazały mi zapamiętać tę nazwę na dłużej i zwrócić na nią swoją uwagę przy najbliższej okazji. Zespół od tego czasu coraz częściej pojawiał się w mediach i prasie. Aktualnie kapela wypuściła na rynek swoją trzecią w dorobku płytę studyjną nagrywaną pod szyldem MMP. Pomyślałem, że warto będzie zapytać chłopaków o kilka spraw związanych ze znakomitym albumem „Uninvited Dreams”…
Witam Was serdecznie! Dzięki za poświęcenie swojego czasu dla portalu „students.pl”. Jak przebiega promocja Waszej najnowszej płyty „Uninvited Dreams”? Możemy spodziewać się w niedługim czasie jakiejś trasy koncertowej po Polsce?
Cześć! Machina promocyjna właśnie się rozpędza. Nadaliśmy jej trochę tempa i energii, grając kilka koncertów promujących nowy album. Teraz mamy krótką przerwę (wiadomo, aktualny czas sprzyja raczej mordowaniu karpi, pakowaniu prezentów i wypatrywaniu śniegu na niebie), ale już wkrótce, z nadejściem nowego roku, będzie można nas posłuchać przy okazji koncertów, które planujemy. Plany mamy poważne i rozległe, koncertami obejmiemy cały kraj, zatem każdy chętny będzie miał szanse posłuchać naszej muzyki na żywo.
Wasza najnowsza płyta jest trzecim w kolejności albumem studyjnym wydanym dla MMP. Zawsze zwracam na to uwagę i bawię się określeniem „Syndrom trzeciej płyty”. Panuje w końcu taka obiegowa opinia, że trzeci album nagrywany przez zespół jest tym najlepszym, najbardziej dojrzałym i spektakularnym. Czy czujecie, że tak samo będzie również z „Uninvited Dreams”?
„Syndrom” odczuwaliśmy, ale po drugiej płycie. Panuje takie przekonanie, że czasem pierwszy album (jeżeli jest udany) jest dziełem przypadku. I ten drugi właśnie bywa tego dowodem - lub zaprzeczeniem. Natomiast trzeci? Hm, w naszym przypadku ten trzeci różnił się od poprzednich całkowitą zmianą sposobu pracy. O ile wcześniej trzymaliśmy się ram (które co prawda sami sobie nadawaliśmy), tak w przypadku „Uninvited Dreams” poszliśmy na totalny żywioł. Kompozycje powstawały bardzo często z improwizacji, podeszliśmy do tematu zupełnie na luzie i nie bojąc się walki z kompromisami, tworzyliśmy tak, żeby być w 130% zadowolonymi. Moim zdaniem ta płyta jest dojrzała. Wiadomo, z biegiem lat nabieramy doświadczeń, wyrabiamy się niejako (nie dotyczy to tylko muzyki). Tym materiałem pokazaliśmy, co siedzi nam w sercach i głowach, że nie do końca jest to zgodne z popularnymi nurtami muzycznymi. I myślę, że udało się nam udowodnić tezę, którą sobie założyliśmy - udało się nam obronić swoją muzykę.
Metal Mind mimo iż kojarzony jest ściśle z muzyką metalową, to zawsze delikatnie flirtował ze sceną prog rockową. Na łamach czasopisma Metal Hammer często pojawiał się: Fish, Marillion, Yes, Rush, Porcupine Tree. Czy jesteście zadowoleni z tej współpracy?
Tak, współpraca jest owocna. Dzięki rozpoznawalnemu wydawcy, zaistnieliśmy w mediach i mogliśmy dotrzeć ze swoją muzyką w najdalsze rejony świata. I wciąż docieramy. A jeśli chodzi o wymienionego tu przez Ciebie Fisha, to mieliśmy okazję poznać go osobiście i zagrać wspólny koncert w katowickim Mega Clubie. Prywatnie jest bardzo sympatycznym człowiekiem (choć wzrostem byliśmy mu do ramion!), mającym wytrzymałą głowę i świetny kontakt z fanami na koncercie.
"Znajdowałem się w wielkim pomieszczeniu, z czarnymi ścianami i sufitem, a w moim kierunku powoli sunęły wędzone kurczaki"
Słuchając Waszej najnowszej płyty doszedłem do wniosku, że jesteście zespołem, który gra bez jakiegokolwiek ciśnienia. Każdy z Was, ma możliwość zabrania muzycznego głosu. Dźwięki są bardzo wyważone, proporcjonalne. Czy kiedy tworzycie nowy materiał, zespołowa demokracja nie szwankuje?
Demokracja demokracją, ale zawsze jest ktoś, kto musi mieć ostatnie słowo (śmiech). Ale tak, każdy ma swoje „pięć minut” i prawo do wyrażenia siebie poprzez to, co gra. Oprócz tego, że gramy razem, jesteśmy zgraną paczką dobrych kumpli, stąd czasem próby zmieniają się w głupawki, po których brzuchy bolą ze śmiechu. Nigdy nie było sytuacji, w której ktokolwiek z nas traktowałby resztę zespołu autorytarnie. Nie ma sytuacji, w której ktokolwiek z nas przynosi gotowy utwór i mówi każdemu z osobna, co dokładnie ma grać. Jest pomysł i każdy gra go według siebie, według tego, jak to czuje i przeżywa.
Wiem, że podczas nagrań Waszej najnowszej płyty gitarzysta Bartek zmieniał swoje partie solowe. Podobno pierwsze położone ślady były niezbyt efektowne. Miało na to wpływ zmęczenie jakie towarzyszy muzykowi przy dłuższym obcowaniu z nagrywanym materiałem. Jako zespół do studia przynosicie gotowe utwory, ale w studiu nieraz zapewne wpadają Wam do głowy jakieś ciekawe pomysły... Ile miejsca zostawiacie na improwizacje a ile na dobrze ograny i sprawdzony motyw z sali prób?
Cała struktura utworu, w momencie wejścia do studia, jest z góry założona. Natomiast są momenty, kiedy już w studio przychodzą do głowy różne pomysły. Nad materiałem pracujemy wszyscy i kiedy podczas jakiegoś testowego odsłuchu pojawia się ciekawy pomysł, to go realizujemy, nie bacząc na tę strukturę, którą do studia przynieśliśmy. Natomiast solo jest taką formą, która wymaga pewnej otwartości i świeżości. Nie mam tu na myśli z góry założonej linii, którą muzyk jedynie odgrywa. Mówię o fragmencie, w którym grający może pokazać coś od serca, jest kwestia dźwięków, ale również ich interpretacji. Kiedy jesteśmy zmęczeni długim nagrywaniem, naprawdę trudno wykrzesać z siebie coś, z czego nazajutrz będziemy zadowoleni. Bartek jest idealistą, jeśli chodzi o swój instrument. Jeden dźwięk, który nie jest zgodny z jego zamysłem, może spowodować, że najpiękniejsze nawet solo pofrunie w kosmos przy pomocy klawisza „Delete”. Ale jak już zagra, to ciary idą (śmiech).
Jako muzycy jesteście bardzo otwarci. Gdyby ktoś spytał mnie: „Jaką muzykę gra Osada Vida?” ja odpowiedziałbym: „A czego ten zespół nie gra?” Jakie są Wasze muzyczne inspiracje i czy staracie się zakładać sobie jakieś założenia, jak ma wyglądać Wasz nowy album, czy to po prostu wynika z potrzeby waszego serca - tworzycie w danym momencie muzykę, która jest Wam bliska?
Dokładnie tak! Lepiej bym tego nie ujął. Każdy z nas wychowany jest na innej muzyce, pochodzi „z innej parafii” i ma inne preferencje muzyczne. One gdzieś tam się schodzą i stykają, niemniej ich źródła są odmienne. I dobrze im razem! Bo świetnie się muzycznie dogadujemy. Założeń nie mamy żadnych. Nie ma niczego w stylu „nagrywamy ostry album”, albo „musimy wydać coś klimatycznego”, bo to teraz dobrze „idzie”. Co w sercu, to i na pięciolinii. Gatunek, w którym umownie się poruszamy, jest dość eklektyczny, w związku z tym nie zamykamy sobie żadnych drzwi i gramy to, co wydaje nam się właściwe i dobre.
Co sądzicie o nowym albumie Riverside „Anno Domini High Definition”? Ten album miał przynieść wiele zmian na tle muzycznym, po zakończeniu słynnej trylogii. Osobiście wydaje mi się, że muzyka nie za bardzo ruszyła do przodu…
Zespół Riverside ma już wyrobioną markę i styl, dlatego chyba nie należy spodziewać się rewolucji. Grają swoje i po swojemu, toteż są rozpoznawalni i charakterystyczni. O tym, że robią to dobrze, niech świadczą tłumy fanów, które wiernie pojawiają się na ich koncertach. I o to chodzi. Według mnie „ADHD” to… Riverside. Nie wiem, czy miał przynieść wiele zmian po trylogii, to pytanie na które każdy będzie miał inne zdanie. Chłopaki konsekwentnie grają swoje. A zgodnie ze staropolską maksymą „życz a będzie ci życzone”, dobrze życzę (śmiech).
W dzisiejszych czasach na rynku roi się od różnego rodzaju wydań płyt. Wasz najnowszy album został wydany w wersji specjalnej (z dodatkowymi utworami) oraz wersji skróconej. Trochę dziwi mnie ten fakt, albowiem skoro nie wstydzicie się pokazać tej dłuższej formy płyty, to czy nie żal Wam, że część ludzi tych dodatkowych dźwięków po prostu nie usłyszy kupując płytę w okrojonej wersji?
Żeby nie iść na łatwiznę i by uniknąć sytuacji, kiedy płyty różnią się jedynie bonusami, albo ich brakiem, w przypadku każdego naszego wydawnictwa zmieniamy nieco szatę graficzną w przypadku różnych wersji płyty. Oczywiście różnice są subtelne, ale zauważalne. Zatem nie tylko muzyka różni poszczególne wersje albumu. Poza tym utwory, które trafiają jako bonusy na płytę, przeważnie są dostępne gdzieś w sieci - na naszej stronie, lub na naszym profilu MySpace. Dlatego jeżeli nawet ktoś wszedł w posiadanie wersji standardowej, ma szanse posłuchać bonusów.
„Uninvited Dreams” posiada ciekawą i przyciągającą oko grafikę oraz specyficzny i bardzo oryginalny koncept… Kto z was wpadł na taki „senny” pomysł?
Jeżeli masz na myśli koncept płyty, to o ile pamięć mnie nie zawodzi, na pomysł wpadł Adam. Sama idea ewoluowała potem do postaci znanej z „Uninvited Dreams”. Natomiast jeśli chodzi o oprawę graficzną całości, to pomysł i wykonanie są moje. Niektórym sen kojarzy się z figlami damsko-męskimi, zaspaniem do pracy, czy spadaniem. Dla mnie taką ikoną jest po prostu poduszka, więc wykorzystałem to skojarzenie. Nawiasem mówiąc, niektórzy pytają, czy nie planujemy dodawać do płyt poduszek (śmiech). [To byłby świetny pomysł:-) red.]
Przeglądając Waszą wkładkę natrafiłem na złowieszczą twarz clowna. Skojarzyło mi się to z moim dziecięcym snem:-). O ile w Waszej wersji miły i głupkowaty clown staje się koszmarnym snem dziecka, tak dla mnie kiedyś przerażający był plastikowy Pinokio, który kiedy się gasiło światło w pokoju, wyglądał bardzo upiornie… Po kilku koszmarach sennych, Pinokio wyleciał z mojego pokoju na zawsze hehe. Czy ktoś z Was przeżywał podobne koszmary?
Kiedy zacząłem pracę nad grafiką, planowałem na stronach książeczki umieścić swoje odpowiednio zobrazowane niechciane sny, lub koszmary. Jednym z takich, które chciałem w nich zawrzeć był sen, który męczył mnie w dzieciństwie, kiedy chorowałem i miałem gorączkę: znajdowałem się w wielkim pomieszczeniu, z czarnymi ścianami i sufitem, a w moim kierunku powoli sunęły wędzone kurczaki, wiesz, takie w całości, oskubane, jakie teraz można kupić w fast foodach. Było to przerażające! Te kurczaki były ogromne, przesuwały się powoli, ale wyczuć można było ich masę. Ale doszedłem do wniosku, że tego typu obrazy mogą być niezrozumiałe dla innych (chyba, że ktoś jeszcze śnił o wędzonych, fruwających kurach). Natomiast sam clown z wkładki istotnie, ma złowieszcze oblicze. Zresztą w ogóle clowny są nieco diaboliczne. Podejrzewam, że tego typu koszmary towarzyszyły nie tylko Tobie.
Intrygujący jest również rozkład jazdy poszczególnych etapów snów, który zamieściliście we wkładce. Muszę przyznać, że nie spotkałem się jeszcze z zastosowaniem takiego medycznego podejścia, które tak trafnie łączyłoby się z graną przez Was muzyką. Skoro płyta oscyluje w takiej tematyce, może część pomysłów na ten album narodziła się gdzieś podczas sennych majak?
Sen to stan bardzo fizjologiczny. Nie ma tak naprawdę nic wspólnego z takim romantycznym etosem, że śnimy i potem to się spełnia, albo wielcy twórcy śnią o swoich przyszłych dziełach. Nie. Śnimy, żeby nasz komputer nam pod kopułą nie zwariował. Poprzez sen się resetujemy, jeżeli mogę to tak informatycznie ująć. My śpimy, nasz mózg nie. Wszystkie te etapy już od dawna są opisane, zbadane, zostały odarte z tej tajemniczości i mistyki. To właśnie to medyczne podejście. Natomiast, jak zapewne zauważyłeś, wyróżniliśmy fazę, w której pojawiają się niechciane sny, o których opowiadamy. To niech będzie ten mistyczny pierwiastek. Jeżeli chodzi o senne przygody, to ja widzę tu inspirację do innych działań, niekoniecznie muzycznych (śmiech).
Na płycie gościnnie w warstwie wokalnej udziela się Natalia Krakowiak. Jak doszło do zawiązania tej współpracy?
Natalia pomagała Łukaszowi przy pracach nad wokalami. Miała kilka fajnych pomysłów, zaśpiewała, nagrało się, a potem Łukasz katował resztę Osady i nie chciał powiedzieć, kim jest ów tajemniczy głos, który, nie ukrywam, zrobił na nas kolosalne wrażenie. Natalia wspiera nas teraz na koncertach.
Tradycyjnie ostatnie słowa należą do Was. Dziękuję za poświęcony czas. Powodzenia w promocji najnowszej płyty!
Dzięki! Skoro mamy ostatnie słowo, to chciałbym serdecznie zaprosić wszystkich fanów dobrej muzyki na nasze koncerty, które odbędą się już niebawem! Przygotowaliśmy naprawdę energetyczny zestaw utworów, więc nudy nie będzie, obiecuję!



Zaloguj się lub zarejestruj